sobota, 2 listopada 2019

O tych, co na amen zemrzeć nie mogą - rozdział 2





Znicze już płoną. Z tej okazji zamieszczam kontynuację opowiadania "O tych co na amen zemrzeć nie mogą".
(pierwszy rozdział znajduje się tu: 
O tych co na amen zemrzeć nie mogą, rozdział 1)



I cóżeś tam nagadał, Rubenka? – zagadnął Lisiak, który przyszedł za Rubenką, gdy spostrzegł, że ten do domu wraca.
E, nie tyle, ilem zamierzył – chłop westchnął cicho.
Radca ciem nie obili? – Lisiak przyjrzał się Rubence z bliska lustrując twarz zielonymi oczyma.
Nie, gdzieby, rzekłem wam, że to dobry chłop – odparł siląc się na uśmiech.
Nie chłop – stanowczo odparł Lisiak i mlasnął ssąc lulkę.
Nie, nie chłop – Rubenka posmutniał i wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
Zawierzył?
No trudno rzec. Ech. Pedziałem o nocnym. I o innych. O naźwiskach. Tedy siem wściek.
Przegnał. – Bardziej stwierdził niż zapytał Lisiak.
Nie. Wysłuchał. Macie co w tej lulce?
Ano, macie – odparł sąsiad i podał fajkę Rubence.
Ale zeźlił siem nielicho – przyznał Rubenka kopcąc powoli. – A i mu pedziałem, że to naś wsyćkich tyczy.
Niedobrze – Lisiak zasępił się, a bruzdy na jego ogorzałej twarzy wydawały się pogłębiać.
Taaak.
Zboże faluje. Pogoda będzie.
Chwała Marysieńce przenajświętszej. Od tych deszczów to mokro tak! – Rubenka zwrócił kopciucha sąsiadowi.
Popa, idzie Sioł. I kto jeszcze.
Pewno to młody Mróg – odparł Rubenka mrużąc oczy.
A ten trzeci? Niski dość, musi że Porag. Kto by inny.
Ziemnian.
Rubenka! Przez lewe ramię, jak Boga kocham.
A co? Też nie wierzycie?
Wierzę, ale żeby za dnia takie rzeczy!
To Porag i Mróg.
I Sioł.
Tak, pewno.
Musi, że Sioł. A Poragowi zeszłym dniem klacz padła.
Mowili.
Kto?
Słyszałem.
Ach to.
Trzech chłopów zbliżyło się do Lisiaka i Rubenki.
Pochwalony!
Na wieki wieków!
Byliście, Rubenka, u radcy? – zapytał Mróg siadając na skrzynce.
Byłem.
I co? Gadajcie! – ponaglał.
Pedziałem, jak siem sprawa ma. Zeźlił siem nielicho.
A pomoże? – dopytywał Sioł.
Źle żeśmy do niego sprawunek ten zanieśli... – mruknął Porag rozglądając się nerwowo.
Co siem tak wiercicie, słowo daję. Sami mamy tu co uradzić? – zbulwersował się Sioł.
A tak, sami, jak zawsze. Jak zasiew nie wyda, to sami radzimy. Jak grad dachy podziurawił, samiśmy sobie radzili. Tak i teraz – wyliczał Porag.
Nie pomoże. Nie widzi mi się! – zawołał Mróg.
Nie chłop, psia jego mać – warknął Lisiak i splunął tak gwałtownie, że czapka zsunęła mu się na czoło, a zielone oczy zapłonęły złością.
Co robimy? Księdza prosić nie śmiem – Sioł westchnął ciężko.
Ano. Trudna rada – Lisiak znów zaczął ssać lulkę.
Może by tedy wykopać?
Wykopać, Matko Boża, Rubenka! – zawołał Mróg.
Dobrze gada – mruknął Lisiak, nie wiadomo jednak, kogo miał na myśli.
Wypijmy. Źle myśleć o suchym pysku – zaordynował Porag.
Dobrze, aby ino nie zmętnieć – podjął Sioł i ruszył w stronę swojej chaty. Pozostali jakby bezwolnie ruszyli za nim.
Przysiadłszy na klepisku, zagryzając skórką od chleba, popijali kolejno samogon, który Sioł przyniósł z izby.
Jeśli to jakie licho, to księdza by trzeba – zaczął po długim milczeniu Mróg.
Radca nie pomoże. Rzekłem wam – nie mówić nikomu – wypominał Porag.
Lepi wykopać.
Rubenka, wy wciąż swoje – westchnął Mróg. – To chodzi o zewłok mego taty.
Diabli wiedzo, co za plugastwo – Sioł zdawał się nie słuchać całej dyskusji. Siedząc na płocie mówił jakby do ziemi.
Tedy ojczulka poprosić pozostaje – upierał się Mróg.
Przyłażą nocom, musi że upiery jakie – podjął Porag krzywiąc się mocno. – Mnie już nie licho tamten strachu napędził. A i ta klacz co padła, to może też ich sprawka. A i siano.... siano samo zagniło? – zapytał i łyknął samogonu.
Prawda. Depce mi to po polu. A i zboże potem jakby wilgne. Nie ma jak zebrać. A przeto zaraz wysypie – zmartwił się Sioł.
Z tą klaczką to dziwna rzecz. A ona nogi nie złamała? – Mróg próbował sobie przypomnieć.
Ano, złamała – zgodził się Porag.
Czyli nie od siana – mruknął Lisiak.
Ano nie. Spłoszyła się, w dół wdepła.
Mówiła stara, żeście ją między mogiły ciągli.
No, babinka mówiła, że jak w grobie upier jaki, to klacz, co jeszcze jej żaden nie dosiat, rozumieta, siem pewnikiem zarżeć ze strachu musi. No i strach ją taki obleciał, jak mnie szarpnie, jak wyrwała, płot przesadziła. I jedną gicz w grząskie posadziła. Dobić musiałem.
Chłopi zadumali się chwilę.
A wiadomo, czego tak się zlękła? - zapytał Mróg.
Ano głupie bydle, fakt. Jak żem bliży mogiły Ziemniana prowadził... wiater się zerwał. I gałąź się od tego, rozumieta, wiatru, oberwała. Ta jak nie zarży, jak mi cugli nie wyrwie. Mało bym rękę stracił, rozumieta.  I dawaj, chyca przez płota, jak nie gruchnie... – powiedział Porag, na zakończenie uderzając pięścią w otwartą dłoń.
Dobić musieliście – mruknął cicho Lisiak.
Ano.
Samogon krążył od ręki do ręki, od ust do ust. Chleb łamano i podawano, słońce przygrzewało, a wiatr przyjemnie chłodził obejście.
Tedy, nocom, cóżeście widzieli? – dopytywał Mróg.
No, przeca rzekłem wam już – Sioł wyglądał na zniecierpliwionego. Po chwili jednak opowiedział: wylazłem, bom myślał, że mi kto zagon depce. Tera jak myśle, to bym bez kaganka nie wylazł. No i przypentało się to. Widziadło, psia jego mać. Stoi i siem lampi. A mruży te oczy, niby paciorki małe, i siem lampi. Poszedł, precz, mówię, cholero. A ten nic, stoi. I wpatruje, wpatruje.
Nie wiedziałem, żeście coś do niego gadali – zastanowił się Porag inaczej przypominając sobie poprzednią relację sąsiada.
A tak, gadałem, ale to i na nic. A strachałem siem odwrócić, dziwny jaki był, niby stary Mróg, ale grubszy, bledszy. Dajcie jeszcze coś napić.
Ociec od miesiąca przeszło nie dycha. Wszyscyśmy widzieli, jak go do grobu złożyli. Obrządków dopełniono. A mnie trudno to przychodzi. Choć sam żem go widział. I Wacusia też mi nielicho nastrachał, kiedy nocom do kur zajrzał, myślał, że lis się dobiera.
Jużci – mruknął Sioł przeżuwając.
Wyglądał jak stary Mróg, znaczy? – dopytywał Lisiak.
Nie – zaprzeczył Sioł kiwając głową. Obtarł gębę i zrzucił z brody duży okruch chleba.
A kto?
Nie wyglądał. To był stary Mróg, jużem wam mówił.
Łuczywo mieliście? – zapytał Rubenka coś jakby sobie przypominając. Gniótł cały czas beret.
Nie, gdzie bym, na pole, z łuczywem. Pożogi jeszcze nam trzeba. Może kaganka to bym...
Ale nocom to było. Skąd wiecie! – wykrzyknął bardziej niż zapytał Lisiak.
Wiem i już. Wiary dawać nie musicie. Ale pozostali... samiście widzieli, co i ja żem widział – odparł Sioł wyraźnie poirytowany.
Ja tylko nie widziałem. A bo on coś gadał? – dopytywał Lisiak.
Nie. Ale też i mnie nie do gadania było.
Strach was obleciał, co? – zapytał Mróg nie bez satysfakcji.
A żebyście wiedzieli, cholera. Chłop jestem nielichy, może nie taki byk, jak Rubenka, ale parę nosów przestawiłem. Ale to co inno...
Trza nam to przegnać.
Ukopać i … – zaczął Rubenka, ale przerwał mu gwałtowny wrzask.
Siedzita chopy, gupki jakie, pijeta zamiast siem do roboty jakiej wziońć, Sioł, gamoniu, jak ciem zaraz pogonie, a ty Rubenka, co ty znowu chcesz ukopać, jak Boga kocham, za zimnioki siem bierz, jak twojej starej powiem, to ciem owrzeszczy! – Siołowa zjawiła się jakby znikąd, a wszyscy jak się skulili, jak pierzchali! Tylko Sioł, struchlały, wszedł do swej izby.

O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)

– Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy ...