– Szanowny
panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując
szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy
pan twierdzić, iż wam kto nocą psoci i szkody wyrządza.
– Ano,
trzode straszy, hałasuje, zboże zawilgaca, mości radco – odparł
z przejęciem Rubenka zapalczywie gniotąc w rękach beret. – Tak –
dodał po namyśle kiwając z namaszczeniem głową.
Kurz
leniwie opadał, rozświetlony w środku swej drogi promieniem słońca
wpadającym przez niewielkie okienko mieszczące się w tylnej
ścianie gabinetu, potęgując wrażenie niezmąconej ciszy, która
ciążyła, jak ciążył i ściśnięty na kamień żołądek
interesanta. Bał się. Bał się bardzo tego, co go tu sprowadziło,
ale może jeszcze bardziej bał się tego, co mu zrobić może rajca.
– Rubenka,
przyznaję, że to może budzić grozę. Opowiadane po ciemnicy. Za
dnia jednak, słysząc takie bezeceństwa, czuję jedynie odrazę –
Wolski starał się zyskać trochę czasu, aby rozmówcę wybadać, a
tę sprawę załatwić raz a skutecznie. Pozbyć się go natychmiast,
przepędzić – tak by najchętniej uczynił. Ale wówczas Rubenka
przyszedłby znowu. I nawet gdyby go za karę do jakiejś roboty dać
czy parę batów wymierzyć – efekt niewiadomy. Zresztą – z
karaniem się zawsze zdąży. Widząc przestrach i zmęczenie
rozmówcy, Wolski postanowił wypytać o szczegóły, mając
nadzieję, że Rubenka sam dostrzeże lukę w swoim rozumowaniu i
zwyczajnie odstąpi. Zwilżywszy wąskie usta rzekł: – Są to
sprawy wielkiej wagi i jeśli grozi panu, sąsiadom lub nam tutaj
niebezpieczeństwo, trzeba czym prędzej podjąć środki zaradcze.
Rubenka
był chłopem. Bystry, owszem, lecz niepiśmienny i zarazem
nienawykły do prowadzenia rozmów w języku urzędowym. Z grubsza
pojąwszy sens wypowiedzi radcy, nie był jednak w stanie stwierdzić,
czy mu coś oznajmiają, czy też go o coś pytają. Wobec tego
spróbował uśmiechnąć się pytająco. Jako że Wolski po chwili
znów przemówił, Rubenka był z siebie zadowolony, uznając, że
nie odzywając się, postąpił właściwie.
– Chciałbym,
szanowny panie, by zechciał mi pan nieco opowiedzieć, jak sprawy
się mają z sąsiadami.
Rubenka
rozpromienił się, czując, że urzędnik rzeczywiście interesuje
się jego sprawą. Ponadto: drugi raz w ciągu kilku minut nazwano go
szanownym panem. A nie pamiętał, by ktokolwiek wcześniej tak go,
Rubenkę, zatytułował.
– To
bedzie, mości radco, tak, mam nieopodal dom Lisiaków, to oni
głównie świniami, to jest, za przeproszeniem, trzode pieczujo, a
za miedzom, na las patrząc, mieszkajo Sioły, znaczy sie, Siołowie,
za pozwoleniem, mości radco, oni rychlej zasiew...
– Rubenka,
proszę – radca uniósł znacząco palec w górę nakazując
milczenie i, zachodząc w głowę jakim cudem Rubenka stworzył słowo
„pieczować”, doprecyzował: proszę mi powiedzieć, czy sąsiedzi
zauważyli to, co pan, to jest, zjawiska, które – radca chrząknął
i zastanowił się przez chwilę – które panu zakłócają spokój.
– A,
to, mości radco, bo ja żem nie pedział, ale to wszystkich nachodzi
– odparł szybko Rubenka. Nazbyt nieśmiały i nie ważąc się
patrzeć radcy w oczy, uparcie wpatrywał się w wizytownik na
biurku. Wiedział, że są na nim trzy słowa. I że trzecie zaczyna
się na „Wu”. To musiało być nazwisko.
– Wszystkich
– sapnął radca i skrzywił się, przyzwyczajony, że skargi
dotyczące wszystkich, w końcu okazują się wymysłem jednej czy
dwóch osób, które, przeświadczone o ważkości swojego problemu,
zakładają, że dotyczyć musi on wszystkich. Wszystek jabłka
zgniły, wszystkie krowy padły. Wszyscy są biedni. A teraz wszyscy
mają majaki.
– Nie
kłamie, mości radco.
Wolski
zadrżał lekko. Stłumił złość. Ale nie podołał dłużej ukryć
zniecierpliwienia.
– I
ja nie oskarżam was o kłamstwo. Ale musicie zrozumieć, że ten
sprawunek, jak to go nazwaliście, upraszając o spotkanie, nabiera
solidnej wagi. – Rubenka kiwnął głową, czy to odruchowo, czy na
znak zrozumienia. – Dlaczego tedy jesteście tu sami?
– A
bo inni pietrali, mówili, że mości radca może... – Rubenka
urwał i robiąc duże oczy wydął wargi, jakby próbując uwięzić
słowa, które nieomal nie wylazły mu z ust, bowiem o mało nie
zdradził pozostałych, którzy, na czele z Poragiem, delikatnie
mówiąc, nie byli chętni zgłaszać spraw oficjelowi. Dostrzegłszy
pytający wyraz twarzy i zorientowawszy się, że radca czeka na
odpowiedź, Rubenka podjął: że może radca może nie ma może
czasu na takie tam, zajęty człowiek, powiadali. Tedym pedział, to
żadne takie tam, trza nam iść. No i jak radzić poczęlimy, jak to
czy wozem, czy piechtą, to rychło wyszło, że przeca nas nie musi
wszystek iść, a skoro Rubenka taki pewny – niech idzie. To i
jestem.
– Dobrze,
Rubenka, dobrzeście uczynili – radca uśmiechnął się
wyobrażając sobie jaki harmider i chaos by powstał w kantorze,
gdyby pół wsi postanowiło go jednak odwiedzić. Milczał jeszcze
chwilę ciesząc się, jaki los był dla niego łaskawy po czym
gestem ręki zachęcił Rubenkę, by opowiadał dalej. Chłop, to
zaciskając dłonie, to znów rozluźniając chwyt na berecie,
powiedział:
– No,
pierwszy raz, to było tak, że Sioł wyszet na pole, bo mu sie
zdało, że kto zboże depce. No wzioł widły i poszet. Nikogo nie
widział, to i wrócił. Co się miał włóczyć po ciemnicy.
– Czyli
to było w nocy.
– Tak,
tak, tak, nocnom porom – zapalczywie potakiwał Rubenka.
– A
wziął choć łuczywo ze sobą?
– A
nie wiem tego, mości radco. No i kiedy na podwórze już wszet, to
zda mu się, jakby kto za nim lazł. Ale co się odwraca, to nikogo.
I idzie, to znów słyszy, ogląda sie, nikogo. Nerw go chycil, że
sie szczeniaki wygłupiajo i już jął pasa ściągać, żeby synom
trochu rozumu wpoić, ale wreszcie zobaczył. – Rubenka zwiesił
głos, wytrzeszczył oczy, znowu przymrużył, wydął wargi. Radca
westchnął cicho, zniecierpliwiony pokazem mimiki, z trudem
obrazując sobie opowieść Rubenki. Wreszcie kiwnął na niego
głową, a Rubenka, chrząknąwszy głośno, powiedział:
– Zobaczył
Nocnego.
– Kogo?
– radca gwałtownie oparł się o biurko i wbił wzrok w chłopa.
– No
tak żeśmy go przezwali. Nocny. Skoro był jeden. Potem to już po
nazwisku'śmy ich zwali: Mróg, Ziemnian, Kaszak.
– Co
wy mi tu cholera... – radca poderwał się i sięgnąwszy nad
biurkiem chwycił Rubenkę za poły sukmany i wbił w niego wzrok.
– Panie
radco, tedy, kazaliście, mówić... – chłop skamląc skulił się,
nie śmiąc jednak odeprzeć ataku.
– Już
dosyć zmyślania. Rubenka. Dosyć. Rozumiecie? – zapytał radca
patrząc chłopu w oczy. Pokiwał głową, powoli rozluźnił chwyt i
opadł na fotel. Przegładził ubranie i wyciągnął z kieszeni
grzebień. Przeczesał na bok rzedniejące włosy. Rubenka stał,
wciąż nieco skulony, drżąc z lekka, trwożliwie wpatrzony w
radcę. Ten w końcu przemówił: Rubenka, co was naszło? Imiona
zmarłych szkalować!
– Kiedy,
właśnie, ci oni, ci zmarli, to jest, nasz sprawunek – odparł
dysząc Rubenka.