środa, 29 maja 2019

Inspiracje


Czasem wystarczy zlepek słów.
Niekiedy przydarzy się piosenka.

Kreator, Fallen Brother (fragment):
Hinter den Gräbern aus morschem Gebein
Da wo Gedanken als Geister erscheinen
Lachen die Toten und trinken den Wein
Den wir vor Schmerz ob Verlusten verweinen

Wśród zmurszałych grobów zmarłych już braci,
Tam gdzie wspomnienia snują się jak duchy,
Śmieją się martwi i raczą się winem,
Wypłakiwanym ze smutku i straty.
(przekład by Kubson)

Krzepiące to i smutne.
I inspirujące. 
Nowe opowiadanie już skrojone, a fragment zamieściłem w poprzednim wpisie.


O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)


Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy pan twierdzić, iż wam kto nocą psoci i szkody wyrządza.
Ano, trzode straszy, hałasuje, zboże zawilgaca, mości radco – odparł z przejęciem Rubenka zapalczywie gniotąc w rękach beret. – Tak – dodał po namyśle kiwając z namaszczeniem głową.
Kurz leniwie opadał, rozświetlony w środku swej drogi promieniem słońca wpadającym przez niewielkie okienko mieszczące się w tylnej ścianie gabinetu, potęgując wrażenie niezmąconej ciszy, która ciążyła, jak ciążył i ściśnięty na kamień żołądek interesanta. Bał się. Bał się bardzo tego, co go tu sprowadziło, ale może jeszcze bardziej bał się tego, co mu zrobić może rajca.
Rubenka, przyznaję, że to może budzić grozę. Opowiadane po ciemnicy. Za dnia jednak, słysząc takie bezeceństwa, czuję jedynie odrazę – Wolski starał się zyskać trochę czasu, aby rozmówcę wybadać, a tę sprawę załatwić raz a skutecznie. Pozbyć się go natychmiast, przepędzić – tak by najchętniej uczynił. Ale wówczas Rubenka przyszedłby znowu. I nawet gdyby go za karę do jakiejś roboty dać czy parę batów wymierzyć – efekt niewiadomy. Zresztą – z karaniem się zawsze zdąży. Widząc przestrach i zmęczenie rozmówcy, Wolski postanowił wypytać o szczegóły, mając nadzieję, że Rubenka sam dostrzeże lukę w swoim rozumowaniu i zwyczajnie odstąpi. Zwilżywszy wąskie usta rzekł: – Są to sprawy wielkiej wagi i jeśli grozi panu, sąsiadom lub nam tutaj niebezpieczeństwo, trzeba czym prędzej podjąć środki zaradcze.
Rubenka był chłopem. Bystry, owszem, lecz niepiśmienny i zarazem nienawykły do prowadzenia rozmów w języku urzędowym. Z grubsza pojąwszy sens wypowiedzi radcy, nie był jednak w stanie stwierdzić, czy mu coś oznajmiają, czy też go o coś pytają. Wobec tego spróbował uśmiechnąć się pytająco. Jako że Wolski po chwili znów przemówił, Rubenka był z siebie zadowolony, uznając, że nie odzywając się, postąpił właściwie.
Chciałbym, szanowny panie, by zechciał mi pan nieco opowiedzieć, jak sprawy się mają z sąsiadami.
Rubenka rozpromienił się, czując, że urzędnik rzeczywiście interesuje się jego sprawą. Ponadto: drugi raz w ciągu kilku minut nazwano go szanownym panem. A nie pamiętał, by ktokolwiek wcześniej tak go, Rubenkę, zatytułował.
To bedzie, mości radco, tak, mam nieopodal dom Lisiaków, to oni głównie świniami, to jest, za przeproszeniem, trzode pieczujo, a za miedzom, na las patrząc, mieszkajo Sioły, znaczy sie, Siołowie, za pozwoleniem, mości radco, oni rychlej zasiew...
Rubenka, proszę – radca uniósł znacząco palec w górę nakazując milczenie i, zachodząc w głowę jakim cudem Rubenka stworzył słowo „pieczować”, doprecyzował: proszę mi powiedzieć, czy sąsiedzi zauważyli to, co pan, to jest, zjawiska, które – radca chrząknął i zastanowił się przez chwilę – które panu zakłócają spokój.
A, to, mości radco, bo ja żem nie pedział, ale to wszystkich nachodzi – odparł szybko Rubenka. Nazbyt nieśmiały i nie ważąc się patrzeć radcy w oczy, uparcie wpatrywał się w wizytownik na biurku. Wiedział, że są na nim trzy słowa. I że trzecie zaczyna się na „Wu”. To musiało być nazwisko.
Wszystkich – sapnął radca i skrzywił się, przyzwyczajony, że skargi dotyczące wszystkich, w końcu okazują się wymysłem jednej czy dwóch osób, które, przeświadczone o ważkości swojego problemu, zakładają, że dotyczyć musi on wszystkich. Wszystek jabłka zgniły, wszystkie krowy padły. Wszyscy są biedni. A teraz wszyscy mają majaki.
Nie kłamie, mości radco.
Wolski zadrżał lekko. Stłumił złość. Ale nie podołał dłużej ukryć zniecierpliwienia.
I ja nie oskarżam was o kłamstwo. Ale musicie zrozumieć, że ten sprawunek, jak to go nazwaliście, upraszając o spotkanie, nabiera solidnej wagi. – Rubenka kiwnął głową, czy to odruchowo, czy na znak zrozumienia. – Dlaczego tedy jesteście tu sami?
A bo inni pietrali, mówili, że mości radca może... – Rubenka urwał i robiąc duże oczy wydął wargi, jakby próbując uwięzić słowa, które nieomal nie wylazły mu z ust, bowiem o mało nie zdradził pozostałych, którzy, na czele z Poragiem, delikatnie mówiąc, nie byli chętni zgłaszać spraw oficjelowi. Dostrzegłszy pytający wyraz twarzy i zorientowawszy się, że radca czeka na odpowiedź, Rubenka podjął: że może radca może nie ma może czasu na takie tam, zajęty człowiek, powiadali. Tedym pedział, to żadne takie tam, trza nam iść. No i jak radzić poczęlimy, jak to czy wozem, czy piechtą, to rychło wyszło, że przeca nas nie musi wszystek iść, a skoro Rubenka taki pewny – niech idzie. To i jestem.
Dobrze, Rubenka, dobrzeście uczynili – radca uśmiechnął się wyobrażając sobie jaki harmider i chaos by powstał w kantorze, gdyby pół wsi postanowiło go jednak odwiedzić. Milczał jeszcze chwilę ciesząc się, jaki los był dla niego łaskawy po czym gestem ręki zachęcił Rubenkę, by opowiadał dalej. Chłop, to zaciskając dłonie, to znów rozluźniając chwyt na berecie, powiedział:
No, pierwszy raz, to było tak, że Sioł wyszet na pole, bo mu sie zdało, że kto zboże depce. No wzioł widły i poszet. Nikogo nie widział, to i wrócił. Co się miał włóczyć po ciemnicy.
Czyli to było w nocy.
Tak, tak, tak, nocnom porom – zapalczywie potakiwał Rubenka.
A wziął choć łuczywo ze sobą?
A nie wiem tego, mości radco. No i kiedy na podwórze już wszet, to zda mu się, jakby kto za nim lazł. Ale co się odwraca, to nikogo. I idzie, to znów słyszy, ogląda sie, nikogo. Nerw go chycil, że sie szczeniaki wygłupiajo i już jął pasa ściągać, żeby synom trochu rozumu wpoić, ale wreszcie zobaczył. – Rubenka zwiesił głos, wytrzeszczył oczy, znowu przymrużył, wydął wargi. Radca westchnął cicho, zniecierpliwiony pokazem mimiki, z trudem obrazując sobie opowieść Rubenki. Wreszcie kiwnął na niego głową, a Rubenka, chrząknąwszy głośno, powiedział:
Zobaczył Nocnego.
Kogo? – radca gwałtownie oparł się o biurko i wbił wzrok w chłopa.
No tak żeśmy go przezwali. Nocny. Skoro był jeden. Potem to już po nazwisku'śmy ich zwali: Mróg, Ziemnian, Kaszak.
Co wy mi tu cholera... – radca poderwał się i sięgnąwszy nad biurkiem chwycił Rubenkę za poły sukmany i wbił w niego wzrok.
Panie radco, tedy, kazaliście, mówić... – chłop skamląc skulił się, nie śmiąc jednak odeprzeć ataku.
Już dosyć zmyślania. Rubenka. Dosyć. Rozumiecie? – zapytał radca patrząc chłopu w oczy. Pokiwał głową, powoli rozluźnił chwyt i opadł na fotel. Przegładził ubranie i wyciągnął z kieszeni grzebień. Przeczesał na bok rzedniejące włosy. Rubenka stał, wciąż nieco skulony, drżąc z lekka, trwożliwie wpatrzony w radcę. Ten w końcu przemówił: Rubenka, co was naszło? Imiona zmarłych szkalować!
Kiedy, właśnie, ci oni, ci zmarli, to jest, nasz sprawunek – odparł dysząc Rubenka.

środa, 1 maja 2019

Historia więcej niż jednego banana

Tak się u nas już przyjęło, że z nadmiaru wolnego czasu dużo dyskutujemy na tematy zupełnie nieistotne. Pragnę złożyć pokłon tej tradycji. Też się wypowiem.

W pewnym przybytku rzucili mięso. Zupełnie za darmo – ktoś dał cynk.
I ruszyli!
Zgraja domorosłych kuchcików w fartuchach z emblematami wietrzy niezłą fuchę. Wszyscy tak samo, ale każdy taki niezależny.
A jak pitraszą! A jak smakują! I serwują.
Nieważne skąd to mięsiwo. Ani czy to w ogóle mięso. Jakby co, to oni tu tylko podają...

I naraz: bach! Wszystko na stół. Zapraszamy, łykajcie! Tu każdy może zostać smakoszem.
Siądź i osądź, smaczne to czy wstrętne?
Spróbowałeś już?
Nieważne!
Prędko powiedz, co myślisz.
Och, jesteś aktorem? Coś takiego, panie Miednicowski!
A pan, panie Powiatowy! Pięknie przełykasz! Jak ty połkniesz, to innym też łatwiej wejdzie.
A zrobisz sobie zdjęcie z wypchaną mordą? Ależ to mięso wymownie wypełnia ci usta!
No róbcie, róbcie te zdjęcia. Prędzej. Flash, pstryk! Pręęędzej!

Halo! Stać, to blaga! Soja!

Co?
No cóż... nikt nie zauważył. Żreć nam się chciało, nie patrzeć.


No kuchciki, na dziś zwijamy kram. Szkoda, że nie powiedzieli jutro.

O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)

– Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy ...