Do rozpoczęcia prac nad powieścią w klimacie postapo zainspirowały mnie między innymi przygoda z grą Fallout oraz lektura książek z cyklu Metro 2033. Na rynku pojawiło się niedawno Metro: Exodus, a ja, dla równowagi, zamieszczam opowiadanie z uniwersum Fallout 4.
Truposze
pojawiły się znienacka. Można by pomyśleć, że po tych
zdziczałych, zdegenerowanych chorobą popromienną ludziach nie
należy spodziewać się sprytu czy przebiegłości. A jednak –
zdołały mnie osaczyć i gdyby nie przypadek, pewnie bym tego nie
pisał. Ale: po kolei.
Światło
poranka leniwie przebijało się przez lepką mgłę zalegającą
rynek. Od razu, gdy tylko się przebudziłem, poczułem, że boli
mnie głowa. Zawsze boli, gdy ze wzgórz spłynie ta cholerna mgła.
I choć śpię na piętrze, a to diabelstwo sięga najwyżej metr nad
powierzchnię, to i tak zawsze wywołuje u mnie ból głowy. Zresztą
– nie tylko u mnie. Rozmawiałem jakiś czas temu z kupcami i oni
też nie przebierali w słowach złorzecząc na to cholerstwo. Może
to nie sama mgła? Może to jakieś zmiany ciśnienia, może nad nią
wisi opar, którego nie czuję ani nie widzę? Nie wiem. I nie bardzo
też jest kogo zapytać. Mój radiometr, gdy jeszcze działał, nie
wykazywał, by mgła była promieniotwórcza. Ale jest zapewne milion
innych powodów, od których może rozboleć głowa. Co by nie było
– dzień nie zaczął się najlepiej. Samopoczucie nieco poprawiło
mi się, gdy na śniadanie wmłóciłem tradycyjnie solidną puchę
klusek i fasoli. Całość, popita kawą, której zapas udało mi się
zwinąć z jakiegoś zapomnianego bistro (tak, prawdziwą kawą! nie
tym badziewiem z liści!), sprawiła, że ból nieco zelżał.
Około
południa mgłę rozwiało, więc zszedłem na dół sprawdzić
pułapki. Puchy wisiały jak trzeba. Nieco ukryte, by od zewnątrz
nikt ich nie dostrzegł. Linka i wycelowana w wejście strzelba
dzielnie strzegły wejścia. Nieco boję się, że kiedyś wrócę
zmęczony i sam się nadzieję na porcję śrutu, ale cóż... trzeba
być optymistą, co nie?
Jako
że kurczyły mi się zapasy żywności, a nazbierałem trochę
śmiecia, które mógłbym spylić, dosyć nerwowo wypatrywałem
karawan. Od przeszło tygodnia żadnej nie widziałem, choć mógłbym
przysiąc, że jeszcze dwa miesiące temu, gdy się tu urządziłem,
handlarze przechodzili tędy co drugi dzień! To był zresztą jeden
z powodów, dla których wybrałem to miejsce – z dala od osad
ludzkich chciałem żyć we względnym spokoju nie tracąc jednak
kontaktu ze światem. Wiedziałem, że jeśli tak dalej pójdzie,
będę musiał ruszyć do Miasta. Trzy dni i nie będę miał
wyjścia. Zaopatrzenia na drogę nie potrzebowałem. Pół dnia
marszu. Może niewielki zapas, na wypadek gdybym musiał gdzieś
przekiblować jakiś powolny patrol tych tłukowatych mutantów. Niby
nie daleko, ale po drodze czekało tyle atrakcji, że napotkanie paru
szumowin można by nazwać fartem!
Postanowiłem
wyruszyć nazajutrz. Wróciłem na górę i sprawdziłem ekwipunek.
Półautomatyczny pistolet 10mm, sto osiem sztuk amunicji, czyli
niecałe cztery magazynki. Maczeta. Karabin snajperski 308mm i
siedemnaście pocisków. Obejrzałem go dokładnie i przypomniałem
sobie, że w zasadzie wycieczka do Miasta i tak była nieunikniona.
Musiałem wymienić cholerny fosforyzujący celownik na coś innego,
choćby krótką lunetę. Może to kwestia przyzwyczajenia, ale oczy
mi głupieją przez to świecidełko. Tradycyjną muszką-szczerbinką
trafiałem niemal bezbłędnie, a ostatnio przez ten fosforyzujący
celownik zmarnowałem 5 pocisków, nim ubiłem zdziczałego psa,
który zaczął tu węszyć. Dobrze, że był tylko jeden kundel,
najwyraźniej oderwany od stada, bo z dwoma czy trzema mógłbym
sobie nie poradzić.
Do
sprzedania miałem działającą lampę z żarówką, dwie sztuki
pistoletów-samoróbek, dwie dawki prochów i trochę fajek. Niby
niewiele, ale wiedziałem, że chociaż za prochy dostanę dobrą
cenę. Do torby upchnąłem jeszcze trochę ochraniaczy i dwie maski
hokejowe, które ściągnąłem z martwych szumowin, które ktoś
rozwalił trzy ulice dalej. Na mojej liście zakupów, tradycyjnie,
stało żarcie i – obiecałem sobie – bielizna.
Zapinałem
torbę, gdy usłyszałem jakieś westchnienie. Nie zastanawiając
się, włożyłem hełm i dopiąłem ołowiany napierśnik. Wziąłem
do ręki karabin. Mogło mi się wydawać, może to wiatr? Ale
charakterystyczne plaśnięcie utwierdziło mnie w tym, czego się
obawiałem. Truposz. Przykucnąłem i zakradłem się do okna. Tak,
to był ghul. Szedł sobie spokojnie wąską drogą między „moim
blokiem” a budynkiem naprzeciwko. Powoli wysunąłem lufę,
przymierzyłem i wystrzeliłem. Jego głowa eksplodowała, członki
na chwilę zadygotały i bezgłowy trup runął na ziemię. Po chwili
usłyszałem drugi strzał. Nie ja strzelałem. To było blisko,
bardzo blisko. Zabrzęczały puszki. Żołądek skurczył mi się
boleśnie, ale przemogłem strach i chwyciłem dziesiątkę. Po
schodach wchodziło dwóch truposzy. Z zewnątrz dobiegało plaskanie
i tupot okutych nóg. Jakby konie. Część koni na trzęsawisku,
część na bruku. Zacząłem pruć do zbliżających się
martwiaków. Wypaliłem pierwszemu w głowę, dostał też po nogach
tak, że na chwilę się zachwiał, ale nie padł. Drugi wyprzedził
go i skoczył na mnie z wyciągniętym ramieniem. Krzyczał coś,
jakby słowo, ...sta!
– nie wiem, co to było, ale też oprzytomniałem i wypaliłem mu
trzy pociski w korpus. Chyba wymierzyłem za nisko, w brzuch, wobec
czego pociski przeszły przez niego na wylot, wrzasnął
przeraźliwie, ale nie stracił wigoru
i parł na mnie nadal. Rąbnął mnie w głowę, padłem na ziemię i
w tym samym momencie usłyszałem jakieś tutaj!
po którym nastąpił metaliczny stukot. Z trudem odpiąłem
maczetę od paska, ciąłem na ślepo przed siebie i skoczyłem w
głąb pokoju, byle dalej od schodów. Wybuch granatu zakłuł w
uszy. Truposz, którego postrzeliłem na schodach, leżał martwy. To
znaczy: bardziej martwy niż wcześniej. Temu, który mnie dopadł,
eksplozja oderwała nogę. Cuchnęło jak w masarni. Truposz
wrzeszczał, wymachiwał łapami i czołgał się w moją stronę.
Uniosłem maczetę, by zadać miłosierny dekapitujący cios, jednak
jego ciało nagle rozbłysło i zamieniło się w kupkę dymiącego
popiołu. Podążyłem za posłyszanym prawym uchem gwizdem i
zobaczyłem ubranego w pancerz żołnierza z wycelowanym w ghula
karabinem laserowym.
– Dziękuję
– wyszeptałem.
Żołnierz
wpatrywał się we mnie milcząco. Trochę się bałem, że i mnie
usmaży.
– Kosmo!
– dobiegło z zewnątrz. – Hej, Kosmo, gdzie ty jesteś? –
stukot pancerza wypełnił pomieszczenie, gdy drugi żołnierz wbiegł
na schody.
– Tu.
Wygląda na to, że jest czysto. – odparł Kosmo i zaczął
schodzić do wyjścia. Nadbiegł jego towarzysz. Skinąłem mu głową.
Ten zatrzymał na mnie przez chwilę spojrzenie – jakby chciał o
coś zapytać – pokręcił jednak głową i również opuścił
budynek. Przez okno obserwowałem jak odchodzą. Ten drugi wystrzelił
jeszcze raz do ghula leżącego przed budynkiem. Truposz machnął
ręką i zastygł w bezruchu. Naliczyłem kolejne trzy ciała leżące
nieopodal.
Z
niemałym obrzydzeniem zwlokłem trupy z mojego piętra i porzuciłem
na środku rynku. Te sprzed wejścia również uprzątnąłem.
Postanowiłem w spokoju przeszukać truchła. Rozejrzałem się, czy
nikt mnie nie obserwuje. Czułem jakiś dziwny niepokój. Po
żołnierzach nie było ani śladu. Swoją drogą... dziwny był ten
drugi. Jakiś taki... inny. Jakby świeższy. Mniej styrany. Może
nie był stąd? A może to... syntek? Na samą myśl przeszył mnie
dreszcz. Cieszyłem się, że już ich tu nie było. Choć przecież
mnie uratowali! Ten samotny truposz idący drogą pod moim oknem! Czy
to możliwe, że był przynętą, którą miałem się zająć, by
dać pozostałym czas na sforsowanie moich zabezpieczeń? To niby
tylko żywe trupy, ale: kto ich tam wie?
Żołnierze
nie zadali sobie trudu, by ze mną porozmawiać. Na szczęście nie
przyszło im też do głowy, by przeszukać ciała ubitych ghuli –
widać nie schylają się po byle co, ale ja wzbogaciłem się o
fajki, komplet srebrnych sztućców i srebrny zegarek. Może starczy
na krótką lunetę?