sobota, 23 lutego 2019

Holotaśma samotnika #1


Do rozpoczęcia prac nad powieścią w klimacie postapo zainspirowały mnie między innymi przygoda z grą Fallout oraz lektura książek z cyklu Metro 2033. Na rynku pojawiło się niedawno Metro: Exodus, a ja, dla równowagi, zamieszczam opowiadanie z uniwersum Fallout 4.


Truposze pojawiły się znienacka. Można by pomyśleć, że po tych zdziczałych, zdegenerowanych chorobą popromienną ludziach nie należy spodziewać się sprytu czy przebiegłości. A jednak – zdołały mnie osaczyć i gdyby nie przypadek, pewnie bym tego nie pisał. Ale: po kolei.
Światło poranka leniwie przebijało się przez lepką mgłę zalegającą rynek. Od razu, gdy tylko się przebudziłem, poczułem, że boli mnie głowa. Zawsze boli, gdy ze wzgórz spłynie ta cholerna mgła. I choć śpię na piętrze, a to diabelstwo sięga najwyżej metr nad powierzchnię, to i tak zawsze wywołuje u mnie ból głowy. Zresztą – nie tylko u mnie. Rozmawiałem jakiś czas temu z kupcami i oni też nie przebierali w słowach złorzecząc na to cholerstwo. Może to nie sama mgła? Może to jakieś zmiany ciśnienia, może nad nią wisi opar, którego nie czuję ani nie widzę? Nie wiem. I nie bardzo też jest kogo zapytać. Mój radiometr, gdy jeszcze działał, nie wykazywał, by mgła była promieniotwórcza. Ale jest zapewne milion innych powodów, od których może rozboleć głowa. Co by nie było – dzień nie zaczął się najlepiej. Samopoczucie nieco poprawiło mi się, gdy na śniadanie wmłóciłem tradycyjnie solidną puchę klusek i fasoli. Całość, popita kawą, której zapas udało mi się zwinąć z jakiegoś zapomnianego bistro (tak, prawdziwą kawą! nie tym badziewiem z liści!), sprawiła, że ból nieco zelżał.
Około południa mgłę rozwiało, więc zszedłem na dół sprawdzić pułapki. Puchy wisiały jak trzeba. Nieco ukryte, by od zewnątrz nikt ich nie dostrzegł. Linka i wycelowana w wejście strzelba dzielnie strzegły wejścia. Nieco boję się, że kiedyś wrócę zmęczony i sam się nadzieję na porcję śrutu, ale cóż... trzeba być optymistą, co nie?
Jako że kurczyły mi się zapasy żywności, a nazbierałem trochę śmiecia, które mógłbym spylić, dosyć nerwowo wypatrywałem karawan. Od przeszło tygodnia żadnej nie widziałem, choć mógłbym przysiąc, że jeszcze dwa miesiące temu, gdy się tu urządziłem, handlarze przechodzili tędy co drugi dzień! To był zresztą jeden z powodów, dla których wybrałem to miejsce – z dala od osad ludzkich chciałem żyć we względnym spokoju nie tracąc jednak kontaktu ze światem. Wiedziałem, że jeśli tak dalej pójdzie, będę musiał ruszyć do Miasta. Trzy dni i nie będę miał wyjścia. Zaopatrzenia na drogę nie potrzebowałem. Pół dnia marszu. Może niewielki zapas, na wypadek gdybym musiał gdzieś przekiblować jakiś powolny patrol tych tłukowatych mutantów. Niby nie daleko, ale po drodze czekało tyle atrakcji, że napotkanie paru szumowin można by nazwać fartem!
Postanowiłem wyruszyć nazajutrz. Wróciłem na górę i sprawdziłem ekwipunek. Półautomatyczny pistolet 10mm, sto osiem sztuk amunicji, czyli niecałe cztery magazynki. Maczeta. Karabin snajperski 308mm i siedemnaście pocisków. Obejrzałem go dokładnie i przypomniałem sobie, że w zasadzie wycieczka do Miasta i tak była nieunikniona. Musiałem wymienić cholerny fosforyzujący celownik na coś innego, choćby krótką lunetę. Może to kwestia przyzwyczajenia, ale oczy mi głupieją przez to świecidełko. Tradycyjną muszką-szczerbinką trafiałem niemal bezbłędnie, a ostatnio przez ten fosforyzujący celownik zmarnowałem 5 pocisków, nim ubiłem zdziczałego psa, który zaczął tu węszyć. Dobrze, że był tylko jeden kundel, najwyraźniej oderwany od stada, bo z dwoma czy trzema mógłbym sobie nie poradzić.
Do sprzedania miałem działającą lampę z żarówką, dwie sztuki pistoletów-samoróbek, dwie dawki prochów i trochę fajek. Niby niewiele, ale wiedziałem, że chociaż za prochy dostanę dobrą cenę. Do torby upchnąłem jeszcze trochę ochraniaczy i dwie maski hokejowe, które ściągnąłem z martwych szumowin, które ktoś rozwalił trzy ulice dalej. Na mojej liście zakupów, tradycyjnie, stało żarcie i – obiecałem sobie – bielizna.
Zapinałem torbę, gdy usłyszałem jakieś westchnienie. Nie zastanawiając się, włożyłem hełm i dopiąłem ołowiany napierśnik. Wziąłem do ręki karabin. Mogło mi się wydawać, może to wiatr? Ale charakterystyczne plaśnięcie utwierdziło mnie w tym, czego się obawiałem. Truposz. Przykucnąłem i zakradłem się do okna. Tak, to był ghul. Szedł sobie spokojnie wąską drogą między „moim blokiem” a budynkiem naprzeciwko. Powoli wysunąłem lufę, przymierzyłem i wystrzeliłem. Jego głowa eksplodowała, członki na chwilę zadygotały i bezgłowy trup runął na ziemię. Po chwili usłyszałem drugi strzał. Nie ja strzelałem. To było blisko, bardzo blisko. Zabrzęczały puszki. Żołądek skurczył mi się boleśnie, ale przemogłem strach i chwyciłem dziesiątkę. Po schodach wchodziło dwóch truposzy. Z zewnątrz dobiegało plaskanie i tupot okutych nóg. Jakby konie. Część koni na trzęsawisku, część na bruku. Zacząłem pruć do zbliżających się martwiaków. Wypaliłem pierwszemu w głowę, dostał też po nogach tak, że na chwilę się zachwiał, ale nie padł. Drugi wyprzedził go i skoczył na mnie z wyciągniętym ramieniem. Krzyczał coś, jakby słowo, ...sta! – nie wiem, co to było, ale też oprzytomniałem i wypaliłem mu trzy pociski w korpus. Chyba wymierzyłem za nisko, w brzuch, wobec czego pociski przeszły przez niego na wylot, wrzasnął przeraźliwie, ale nie stracił wigoru i parł na mnie nadal. Rąbnął mnie w głowę, padłem na ziemię i w tym samym momencie usłyszałem jakieś tutaj! po którym nastąpił metaliczny stukot. Z trudem odpiąłem maczetę od paska, ciąłem na ślepo przed siebie i skoczyłem w głąb pokoju, byle dalej od schodów. Wybuch granatu zakłuł w uszy. Truposz, którego postrzeliłem na schodach, leżał martwy. To znaczy: bardziej martwy niż wcześniej. Temu, który mnie dopadł, eksplozja oderwała nogę. Cuchnęło jak w masarni. Truposz wrzeszczał, wymachiwał łapami i czołgał się w moją stronę. Uniosłem maczetę, by zadać miłosierny dekapitujący cios, jednak jego ciało nagle rozbłysło i zamieniło się w kupkę dymiącego popiołu. Podążyłem za posłyszanym prawym uchem gwizdem i zobaczyłem ubranego w pancerz żołnierza z wycelowanym w ghula karabinem laserowym.
Dziękuję – wyszeptałem.
Żołnierz wpatrywał się we mnie milcząco. Trochę się bałem, że i mnie usmaży.
Kosmo! – dobiegło z zewnątrz. – Hej, Kosmo, gdzie ty jesteś? – stukot pancerza wypełnił pomieszczenie, gdy drugi żołnierz wbiegł na schody.
Tu. Wygląda na to, że jest czysto. – odparł Kosmo i zaczął schodzić do wyjścia. Nadbiegł jego towarzysz. Skinąłem mu głową. Ten zatrzymał na mnie przez chwilę spojrzenie – jakby chciał o coś zapytać – pokręcił jednak głową i również opuścił budynek. Przez okno obserwowałem jak odchodzą. Ten drugi wystrzelił jeszcze raz do ghula leżącego przed budynkiem. Truposz machnął ręką i zastygł w bezruchu. Naliczyłem kolejne trzy ciała leżące nieopodal.
Z niemałym obrzydzeniem zwlokłem trupy z mojego piętra i porzuciłem na środku rynku. Te sprzed wejścia również uprzątnąłem. Postanowiłem w spokoju przeszukać truchła. Rozejrzałem się, czy nikt mnie nie obserwuje. Czułem jakiś dziwny niepokój. Po żołnierzach nie było ani śladu. Swoją drogą... dziwny był ten drugi. Jakiś taki... inny. Jakby świeższy. Mniej styrany. Może nie był stąd? A może to... syntek? Na samą myśl przeszył mnie dreszcz. Cieszyłem się, że już ich tu nie było. Choć przecież mnie uratowali! Ten samotny truposz idący drogą pod moim oknem! Czy to możliwe, że był przynętą, którą miałem się zająć, by dać pozostałym czas na sforsowanie moich zabezpieczeń? To niby tylko żywe trupy, ale: kto ich tam wie?
Żołnierze nie zadali sobie trudu, by ze mną porozmawiać. Na szczęście nie przyszło im też do głowy, by przeszukać ciała ubitych ghuli – widać nie schylają się po byle co, ale ja wzbogaciłem się o fajki, komplet srebrnych sztućców i srebrny zegarek. Może starczy na krótką lunetę?

czwartek, 21 lutego 2019

Ostatnia fajka

Oto i kolejny fragment powieści, nad którą aktualnie pracuję.
I... Tak. To będzie Postapo.


– Czyli co, zaoszczędziliśmy trochę czasu, panie sierżancie. Ma pan co palić?
– A pewnie, proszę. No, fajki to jedyny pozytyw tej wojny. Normalne, kuurde. Żadne tam ultra, karbofree, czy elektro.
– Ja to wie pan, niespecjalnie obserwowałem, bo niby nie palę. Ale świat kończy się tylko raz – Godlewski zawiesił wzrok i zaciągnął się głęboko, a sierżant spojrzał na niego, jakby ten powiedział coś nieodpowiedniego. Naukowiec zaraz się poprawił: Świat próbował się kończyć już wiele razy, ale teraz wygląda na to, że nieprędko znów zobaczymy słońce. I ziemię.
– Zwariujemy tam pod spodem. To pewne.
– Wie pan, na ten moment to jawi mi się, że lepsze to, niż krzesło. Albo tabun. Czy co tam chcą na nas zrzucić.
– Ech, dwóch konwencji było mało. Zrobili trzecią. A i tak musimy czmychać do nory jak jakieś króliki – sierżant zgasił papierosa, westchnął ciężko, klepnął się po udach i dodał: zwołam chłopaków na zbiórkę. Skoro pod ziemią nie wolno kopcić, to ten jeden ostatni raz niech sobie zajarają, a potem zbiorę wszystek fajki. Walniemy po kielichu i spawamy.
Godlewski kiwnął tylko głową i odwrócił głowę udając, że na coś patrzy. Czuł, że wzbiera w nim smutek. I im silniejszy był napór łez, tym bardziej chciał, by sierżant już poszedł.



O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)

– Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy ...