sobota, 2 listopada 2019

O tych, co na amen zemrzeć nie mogą - rozdział 2





Znicze już płoną. Z tej okazji zamieszczam kontynuację opowiadania "O tych co na amen zemrzeć nie mogą".
(pierwszy rozdział znajduje się tu: 
O tych co na amen zemrzeć nie mogą, rozdział 1)



I cóżeś tam nagadał, Rubenka? – zagadnął Lisiak, który przyszedł za Rubenką, gdy spostrzegł, że ten do domu wraca.
E, nie tyle, ilem zamierzył – chłop westchnął cicho.
Radca ciem nie obili? – Lisiak przyjrzał się Rubence z bliska lustrując twarz zielonymi oczyma.
Nie, gdzieby, rzekłem wam, że to dobry chłop – odparł siląc się na uśmiech.
Nie chłop – stanowczo odparł Lisiak i mlasnął ssąc lulkę.
Nie, nie chłop – Rubenka posmutniał i wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
Zawierzył?
No trudno rzec. Ech. Pedziałem o nocnym. I o innych. O naźwiskach. Tedy siem wściek.
Przegnał. – Bardziej stwierdził niż zapytał Lisiak.
Nie. Wysłuchał. Macie co w tej lulce?
Ano, macie – odparł sąsiad i podał fajkę Rubence.
Ale zeźlił siem nielicho – przyznał Rubenka kopcąc powoli. – A i mu pedziałem, że to naś wsyćkich tyczy.
Niedobrze – Lisiak zasępił się, a bruzdy na jego ogorzałej twarzy wydawały się pogłębiać.
Taaak.
Zboże faluje. Pogoda będzie.
Chwała Marysieńce przenajświętszej. Od tych deszczów to mokro tak! – Rubenka zwrócił kopciucha sąsiadowi.
Popa, idzie Sioł. I kto jeszcze.
Pewno to młody Mróg – odparł Rubenka mrużąc oczy.
A ten trzeci? Niski dość, musi że Porag. Kto by inny.
Ziemnian.
Rubenka! Przez lewe ramię, jak Boga kocham.
A co? Też nie wierzycie?
Wierzę, ale żeby za dnia takie rzeczy!
To Porag i Mróg.
I Sioł.
Tak, pewno.
Musi, że Sioł. A Poragowi zeszłym dniem klacz padła.
Mowili.
Kto?
Słyszałem.
Ach to.
Trzech chłopów zbliżyło się do Lisiaka i Rubenki.
Pochwalony!
Na wieki wieków!
Byliście, Rubenka, u radcy? – zapytał Mróg siadając na skrzynce.
Byłem.
I co? Gadajcie! – ponaglał.
Pedziałem, jak siem sprawa ma. Zeźlił siem nielicho.
A pomoże? – dopytywał Sioł.
Źle żeśmy do niego sprawunek ten zanieśli... – mruknął Porag rozglądając się nerwowo.
Co siem tak wiercicie, słowo daję. Sami mamy tu co uradzić? – zbulwersował się Sioł.
A tak, sami, jak zawsze. Jak zasiew nie wyda, to sami radzimy. Jak grad dachy podziurawił, samiśmy sobie radzili. Tak i teraz – wyliczał Porag.
Nie pomoże. Nie widzi mi się! – zawołał Mróg.
Nie chłop, psia jego mać – warknął Lisiak i splunął tak gwałtownie, że czapka zsunęła mu się na czoło, a zielone oczy zapłonęły złością.
Co robimy? Księdza prosić nie śmiem – Sioł westchnął ciężko.
Ano. Trudna rada – Lisiak znów zaczął ssać lulkę.
Może by tedy wykopać?
Wykopać, Matko Boża, Rubenka! – zawołał Mróg.
Dobrze gada – mruknął Lisiak, nie wiadomo jednak, kogo miał na myśli.
Wypijmy. Źle myśleć o suchym pysku – zaordynował Porag.
Dobrze, aby ino nie zmętnieć – podjął Sioł i ruszył w stronę swojej chaty. Pozostali jakby bezwolnie ruszyli za nim.
Przysiadłszy na klepisku, zagryzając skórką od chleba, popijali kolejno samogon, który Sioł przyniósł z izby.
Jeśli to jakie licho, to księdza by trzeba – zaczął po długim milczeniu Mróg.
Radca nie pomoże. Rzekłem wam – nie mówić nikomu – wypominał Porag.
Lepi wykopać.
Rubenka, wy wciąż swoje – westchnął Mróg. – To chodzi o zewłok mego taty.
Diabli wiedzo, co za plugastwo – Sioł zdawał się nie słuchać całej dyskusji. Siedząc na płocie mówił jakby do ziemi.
Tedy ojczulka poprosić pozostaje – upierał się Mróg.
Przyłażą nocom, musi że upiery jakie – podjął Porag krzywiąc się mocno. – Mnie już nie licho tamten strachu napędził. A i ta klacz co padła, to może też ich sprawka. A i siano.... siano samo zagniło? – zapytał i łyknął samogonu.
Prawda. Depce mi to po polu. A i zboże potem jakby wilgne. Nie ma jak zebrać. A przeto zaraz wysypie – zmartwił się Sioł.
Z tą klaczką to dziwna rzecz. A ona nogi nie złamała? – Mróg próbował sobie przypomnieć.
Ano, złamała – zgodził się Porag.
Czyli nie od siana – mruknął Lisiak.
Ano nie. Spłoszyła się, w dół wdepła.
Mówiła stara, żeście ją między mogiły ciągli.
No, babinka mówiła, że jak w grobie upier jaki, to klacz, co jeszcze jej żaden nie dosiat, rozumieta, siem pewnikiem zarżeć ze strachu musi. No i strach ją taki obleciał, jak mnie szarpnie, jak wyrwała, płot przesadziła. I jedną gicz w grząskie posadziła. Dobić musiałem.
Chłopi zadumali się chwilę.
A wiadomo, czego tak się zlękła? - zapytał Mróg.
Ano głupie bydle, fakt. Jak żem bliży mogiły Ziemniana prowadził... wiater się zerwał. I gałąź się od tego, rozumieta, wiatru, oberwała. Ta jak nie zarży, jak mi cugli nie wyrwie. Mało bym rękę stracił, rozumieta.  I dawaj, chyca przez płota, jak nie gruchnie... – powiedział Porag, na zakończenie uderzając pięścią w otwartą dłoń.
Dobić musieliście – mruknął cicho Lisiak.
Ano.
Samogon krążył od ręki do ręki, od ust do ust. Chleb łamano i podawano, słońce przygrzewało, a wiatr przyjemnie chłodził obejście.
Tedy, nocom, cóżeście widzieli? – dopytywał Mróg.
No, przeca rzekłem wam już – Sioł wyglądał na zniecierpliwionego. Po chwili jednak opowiedział: wylazłem, bom myślał, że mi kto zagon depce. Tera jak myśle, to bym bez kaganka nie wylazł. No i przypentało się to. Widziadło, psia jego mać. Stoi i siem lampi. A mruży te oczy, niby paciorki małe, i siem lampi. Poszedł, precz, mówię, cholero. A ten nic, stoi. I wpatruje, wpatruje.
Nie wiedziałem, żeście coś do niego gadali – zastanowił się Porag inaczej przypominając sobie poprzednią relację sąsiada.
A tak, gadałem, ale to i na nic. A strachałem siem odwrócić, dziwny jaki był, niby stary Mróg, ale grubszy, bledszy. Dajcie jeszcze coś napić.
Ociec od miesiąca przeszło nie dycha. Wszyscyśmy widzieli, jak go do grobu złożyli. Obrządków dopełniono. A mnie trudno to przychodzi. Choć sam żem go widział. I Wacusia też mi nielicho nastrachał, kiedy nocom do kur zajrzał, myślał, że lis się dobiera.
Jużci – mruknął Sioł przeżuwając.
Wyglądał jak stary Mróg, znaczy? – dopytywał Lisiak.
Nie – zaprzeczył Sioł kiwając głową. Obtarł gębę i zrzucił z brody duży okruch chleba.
A kto?
Nie wyglądał. To był stary Mróg, jużem wam mówił.
Łuczywo mieliście? – zapytał Rubenka coś jakby sobie przypominając. Gniótł cały czas beret.
Nie, gdzie bym, na pole, z łuczywem. Pożogi jeszcze nam trzeba. Może kaganka to bym...
Ale nocom to było. Skąd wiecie! – wykrzyknął bardziej niż zapytał Lisiak.
Wiem i już. Wiary dawać nie musicie. Ale pozostali... samiście widzieli, co i ja żem widział – odparł Sioł wyraźnie poirytowany.
Ja tylko nie widziałem. A bo on coś gadał? – dopytywał Lisiak.
Nie. Ale też i mnie nie do gadania było.
Strach was obleciał, co? – zapytał Mróg nie bez satysfakcji.
A żebyście wiedzieli, cholera. Chłop jestem nielichy, może nie taki byk, jak Rubenka, ale parę nosów przestawiłem. Ale to co inno...
Trza nam to przegnać.
Ukopać i … – zaczął Rubenka, ale przerwał mu gwałtowny wrzask.
Siedzita chopy, gupki jakie, pijeta zamiast siem do roboty jakiej wziońć, Sioł, gamoniu, jak ciem zaraz pogonie, a ty Rubenka, co ty znowu chcesz ukopać, jak Boga kocham, za zimnioki siem bierz, jak twojej starej powiem, to ciem owrzeszczy! – Siołowa zjawiła się jakby znikąd, a wszyscy jak się skulili, jak pierzchali! Tylko Sioł, struchlały, wszedł do swej izby.

niedziela, 1 września 2019

Zielone łzy

Łzy - ronione nad losem świata wobec płomieni pożerających lasy Amazonii i Syberii - przesłoniły zielonym ludzikom hektolitry gówna spływajce Wisłą.

Ot. Za mało czasu było, żeby przygotować zorganizowany, politycznie użyteczny lament. Ale jak następnym razem coś pierdutnie...

Lecę dokupić chusteczek!

niedziela, 25 sierpnia 2019

CZARNY OBELISK - o lustrach słów kilka więcej

"Czarny Obelisk" przygniata. Ciężar wydarzeń kraju ogarniętego największym kryzysem finansowym w historii dosłownie wbija w ziemię. Agresywne społeczeństwo, cechujące się na dodatek wątpliwą moralnością, w znakomitej większości zwyczajnie próbuje trwać z dnia na dzień: po nieprzynoszącej trwałych zysków pracy ludziska karmią się hulanką lub uczepiają się popieprzonej ideologii, która parę lat później przetoczy się przez całą Europę pośród huku granatów i warkotu karabinów maszynowych.
Podobno Remarque stworzył "Czarny Obelisk" jako swoistą formę ostrzeżenia przepełniony obawami w czasach zimnej wojny. Niestety - książka opisuje wiele zagrożeń, które okazują się ponadczasowe. I to, co kłuje najdotkliwiej, to fakt, że w każdych czasach znajdą się ludzie gotowi krzywdzić innych ludzi tylko dlatego, że ci drudzy mają inne zdanie...

Poza tym na stronach znajdziemy też takie oto smaczki:
O lustrach ciąg dalszy!

- (...) A przecież one mają naszą drugą stronę.
- Tylko wtedy, gdy przed nimi stoimy. Kiedy odejdziemy, już nas w nich nie ma.
- Skąd o tym wiesz?
- To przecież widać. Kiedy się odejdzie i spojrzy, wtedy naszego obrazu już nie ma.
- A jeśli go tylko ukrywają?
- Jak mogą go ukrywać? Przecież odbijają wszystko. Dlatego są lustrami. Lustro nie może nic ukrywać.
(...)
- To gdzie on wtedy jest?
- Co?
- Obraz. Druga strona. Czy wskakuje w nas z powrotem?
- Nie wiem.
- Nie może przecież przepaść.
- Nie przepada.
- To gdzie jest?


piątek, 23 sierpnia 2019

CZARNY OBELISK - o lustrach słów kilka




- (...) Co robią lustra, kiedy są same?
- Odbijają to, co jest.
- A jak niczego nie ma?
- To się nie zdarza. Zawsze coś jest.
- A w nocy? Podczas nowiu, kiedy jest zupełnie ciemno, co wtedy odbijają?
- Ciemność - odpowiadam, już nie z takim przekonaniem, bo rzeczywiście, jak najgłębsza ciemność może się odbijać? Do odbicia zawsze trzeba trochę światła.
- W takim razie są martwe, kiedy jest zupełnie ciemno?


środa, 21 sierpnia 2019

Strugaccy - szukać czy znaleźć


"- Po co ci gorzka prawda? (...) Co z nią zrobisz? I co będziesz robić w lesie? Szlochać nad marzeniem, które przekształciło się w twój los? Modlić się, żeby wszystko było inaczej? Albo, nie daj Boże, zaczniesz przerabiać to, co jest, na to, co powinno być"?


Foto było na fejsie, na bloga jakoś nie dotarło.
Ślimak... ile razy by nie czytać, tak zawsze zdoła się człowiek zagubić. Książka tyle piękna, co straszna. Zbyt prawdziwa, mimo całej pozornie odstrzelonej absurdalności...


czwartek, 11 lipca 2019

Analiza finansowej rzeczywistości #1

Jedynie utrzymywanie poziomu wynagrodzeń na poziomie lekkiego niedosytu stymuluje do dalszego rozwoju i wysokich wyników produkcyjnych. Rzeczony niedosyt, odbierany na poziomie podświadomości jako sytuacja zagrożenia, wyzwala dodatkowe pokłady energii i kreatywności, które, umiejętnie przekierowane na przedmiot pracy, pozwalają korporacjom osiagnąć sukces.

Ważnym aspektem jest integralność całego otaczającego środowiska. Jako przykład posłużyć może regularne (lub ciągłe) wypuszczanie na rynek coraz to nowszych, lepszych urządzeń, gadżetów, pozwalających utrzymać poczucie niedosytu – jeśli nie mogę sobie na to pozwolić, to znaczy, że czegoś mi brakuje, odczuwam niedosyt, muszę coś z tym zrobić, muszę ciężej pracować… Obok tej kampanii równie ważne jest, by podsycać to uczucie poprzez ciągły komunikat jasno informujący, że te rynkowe nowinki są potrzebne. Że fajny telefon, to nowy telefon. Nie 1 milion pikseli, nie 4, a 8. Nowy laptop, procesor z ośmioma rdzeniami. Samochód, który sam parkuje. Odkurzacz, który sam odkurza. Wszystko to ma pozwolić oszczędzić czas, którego, dziwnym trafem, raczej ubywa… Wszystkie produkty rekomendowane przez osoby, które osiągnęły sukces. Są milionerami. Kup sobie, popracujesz ciężej i ciebie też będzie stać.

Naturalnie trzeba dopuścić do tego, by niektóre grupy, które nie są tu rozdającymi, mogły osiągnąć poziom majętności, który stanie się marzeniem milionów. To takie zło konieczne. Ale trzeba odlać dla nich trochę, by mogli odegrać swoją rolę. Pozwala to utrzymać resztę kapitału w rękach tych niewielu, którzy ten mechanizm uruchomili. Bo że w dużym stopniu ta maszynka dalej już napędza się sama, to co do tego nie ma wątpliwości.
Chcemy żyć w takim świecie. Innego już nie znamy.

piątek, 7 czerwca 2019

Skrzypu skrzyp

Jest wiele powodów, dla których widok wisielca wprawia w smutek.
No bo że umarł, tak. I wisi jak niezgrabna, przerośnięta lalka. Zepsuta, nie zagra już w żadnym przedstawieniu.
I te dyndające nogi. Jak wahadło - odmierzają czas. Ten, który minął? Może. A może właśnie ten, który nam pozostał?

środa, 29 maja 2019

Inspiracje


Czasem wystarczy zlepek słów.
Niekiedy przydarzy się piosenka.

Kreator, Fallen Brother (fragment):
Hinter den Gräbern aus morschem Gebein
Da wo Gedanken als Geister erscheinen
Lachen die Toten und trinken den Wein
Den wir vor Schmerz ob Verlusten verweinen

Wśród zmurszałych grobów zmarłych już braci,
Tam gdzie wspomnienia snują się jak duchy,
Śmieją się martwi i raczą się winem,
Wypłakiwanym ze smutku i straty.
(przekład by Kubson)

Krzepiące to i smutne.
I inspirujące. 
Nowe opowiadanie już skrojone, a fragment zamieściłem w poprzednim wpisie.


O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)


Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy pan twierdzić, iż wam kto nocą psoci i szkody wyrządza.
Ano, trzode straszy, hałasuje, zboże zawilgaca, mości radco – odparł z przejęciem Rubenka zapalczywie gniotąc w rękach beret. – Tak – dodał po namyśle kiwając z namaszczeniem głową.
Kurz leniwie opadał, rozświetlony w środku swej drogi promieniem słońca wpadającym przez niewielkie okienko mieszczące się w tylnej ścianie gabinetu, potęgując wrażenie niezmąconej ciszy, która ciążyła, jak ciążył i ściśnięty na kamień żołądek interesanta. Bał się. Bał się bardzo tego, co go tu sprowadziło, ale może jeszcze bardziej bał się tego, co mu zrobić może rajca.
Rubenka, przyznaję, że to może budzić grozę. Opowiadane po ciemnicy. Za dnia jednak, słysząc takie bezeceństwa, czuję jedynie odrazę – Wolski starał się zyskać trochę czasu, aby rozmówcę wybadać, a tę sprawę załatwić raz a skutecznie. Pozbyć się go natychmiast, przepędzić – tak by najchętniej uczynił. Ale wówczas Rubenka przyszedłby znowu. I nawet gdyby go za karę do jakiejś roboty dać czy parę batów wymierzyć – efekt niewiadomy. Zresztą – z karaniem się zawsze zdąży. Widząc przestrach i zmęczenie rozmówcy, Wolski postanowił wypytać o szczegóły, mając nadzieję, że Rubenka sam dostrzeże lukę w swoim rozumowaniu i zwyczajnie odstąpi. Zwilżywszy wąskie usta rzekł: – Są to sprawy wielkiej wagi i jeśli grozi panu, sąsiadom lub nam tutaj niebezpieczeństwo, trzeba czym prędzej podjąć środki zaradcze.
Rubenka był chłopem. Bystry, owszem, lecz niepiśmienny i zarazem nienawykły do prowadzenia rozmów w języku urzędowym. Z grubsza pojąwszy sens wypowiedzi radcy, nie był jednak w stanie stwierdzić, czy mu coś oznajmiają, czy też go o coś pytają. Wobec tego spróbował uśmiechnąć się pytająco. Jako że Wolski po chwili znów przemówił, Rubenka był z siebie zadowolony, uznając, że nie odzywając się, postąpił właściwie.
Chciałbym, szanowny panie, by zechciał mi pan nieco opowiedzieć, jak sprawy się mają z sąsiadami.
Rubenka rozpromienił się, czując, że urzędnik rzeczywiście interesuje się jego sprawą. Ponadto: drugi raz w ciągu kilku minut nazwano go szanownym panem. A nie pamiętał, by ktokolwiek wcześniej tak go, Rubenkę, zatytułował.
To bedzie, mości radco, tak, mam nieopodal dom Lisiaków, to oni głównie świniami, to jest, za przeproszeniem, trzode pieczujo, a za miedzom, na las patrząc, mieszkajo Sioły, znaczy sie, Siołowie, za pozwoleniem, mości radco, oni rychlej zasiew...
Rubenka, proszę – radca uniósł znacząco palec w górę nakazując milczenie i, zachodząc w głowę jakim cudem Rubenka stworzył słowo „pieczować”, doprecyzował: proszę mi powiedzieć, czy sąsiedzi zauważyli to, co pan, to jest, zjawiska, które – radca chrząknął i zastanowił się przez chwilę – które panu zakłócają spokój.
A, to, mości radco, bo ja żem nie pedział, ale to wszystkich nachodzi – odparł szybko Rubenka. Nazbyt nieśmiały i nie ważąc się patrzeć radcy w oczy, uparcie wpatrywał się w wizytownik na biurku. Wiedział, że są na nim trzy słowa. I że trzecie zaczyna się na „Wu”. To musiało być nazwisko.
Wszystkich – sapnął radca i skrzywił się, przyzwyczajony, że skargi dotyczące wszystkich, w końcu okazują się wymysłem jednej czy dwóch osób, które, przeświadczone o ważkości swojego problemu, zakładają, że dotyczyć musi on wszystkich. Wszystek jabłka zgniły, wszystkie krowy padły. Wszyscy są biedni. A teraz wszyscy mają majaki.
Nie kłamie, mości radco.
Wolski zadrżał lekko. Stłumił złość. Ale nie podołał dłużej ukryć zniecierpliwienia.
I ja nie oskarżam was o kłamstwo. Ale musicie zrozumieć, że ten sprawunek, jak to go nazwaliście, upraszając o spotkanie, nabiera solidnej wagi. – Rubenka kiwnął głową, czy to odruchowo, czy na znak zrozumienia. – Dlaczego tedy jesteście tu sami?
A bo inni pietrali, mówili, że mości radca może... – Rubenka urwał i robiąc duże oczy wydął wargi, jakby próbując uwięzić słowa, które nieomal nie wylazły mu z ust, bowiem o mało nie zdradził pozostałych, którzy, na czele z Poragiem, delikatnie mówiąc, nie byli chętni zgłaszać spraw oficjelowi. Dostrzegłszy pytający wyraz twarzy i zorientowawszy się, że radca czeka na odpowiedź, Rubenka podjął: że może radca może nie ma może czasu na takie tam, zajęty człowiek, powiadali. Tedym pedział, to żadne takie tam, trza nam iść. No i jak radzić poczęlimy, jak to czy wozem, czy piechtą, to rychło wyszło, że przeca nas nie musi wszystek iść, a skoro Rubenka taki pewny – niech idzie. To i jestem.
Dobrze, Rubenka, dobrzeście uczynili – radca uśmiechnął się wyobrażając sobie jaki harmider i chaos by powstał w kantorze, gdyby pół wsi postanowiło go jednak odwiedzić. Milczał jeszcze chwilę ciesząc się, jaki los był dla niego łaskawy po czym gestem ręki zachęcił Rubenkę, by opowiadał dalej. Chłop, to zaciskając dłonie, to znów rozluźniając chwyt na berecie, powiedział:
No, pierwszy raz, to było tak, że Sioł wyszet na pole, bo mu sie zdało, że kto zboże depce. No wzioł widły i poszet. Nikogo nie widział, to i wrócił. Co się miał włóczyć po ciemnicy.
Czyli to było w nocy.
Tak, tak, tak, nocnom porom – zapalczywie potakiwał Rubenka.
A wziął choć łuczywo ze sobą?
A nie wiem tego, mości radco. No i kiedy na podwórze już wszet, to zda mu się, jakby kto za nim lazł. Ale co się odwraca, to nikogo. I idzie, to znów słyszy, ogląda sie, nikogo. Nerw go chycil, że sie szczeniaki wygłupiajo i już jął pasa ściągać, żeby synom trochu rozumu wpoić, ale wreszcie zobaczył. – Rubenka zwiesił głos, wytrzeszczył oczy, znowu przymrużył, wydął wargi. Radca westchnął cicho, zniecierpliwiony pokazem mimiki, z trudem obrazując sobie opowieść Rubenki. Wreszcie kiwnął na niego głową, a Rubenka, chrząknąwszy głośno, powiedział:
Zobaczył Nocnego.
Kogo? – radca gwałtownie oparł się o biurko i wbił wzrok w chłopa.
No tak żeśmy go przezwali. Nocny. Skoro był jeden. Potem to już po nazwisku'śmy ich zwali: Mróg, Ziemnian, Kaszak.
Co wy mi tu cholera... – radca poderwał się i sięgnąwszy nad biurkiem chwycił Rubenkę za poły sukmany i wbił w niego wzrok.
Panie radco, tedy, kazaliście, mówić... – chłop skamląc skulił się, nie śmiąc jednak odeprzeć ataku.
Już dosyć zmyślania. Rubenka. Dosyć. Rozumiecie? – zapytał radca patrząc chłopu w oczy. Pokiwał głową, powoli rozluźnił chwyt i opadł na fotel. Przegładził ubranie i wyciągnął z kieszeni grzebień. Przeczesał na bok rzedniejące włosy. Rubenka stał, wciąż nieco skulony, drżąc z lekka, trwożliwie wpatrzony w radcę. Ten w końcu przemówił: Rubenka, co was naszło? Imiona zmarłych szkalować!
Kiedy, właśnie, ci oni, ci zmarli, to jest, nasz sprawunek – odparł dysząc Rubenka.

środa, 1 maja 2019

Historia więcej niż jednego banana

Tak się u nas już przyjęło, że z nadmiaru wolnego czasu dużo dyskutujemy na tematy zupełnie nieistotne. Pragnę złożyć pokłon tej tradycji. Też się wypowiem.

W pewnym przybytku rzucili mięso. Zupełnie za darmo – ktoś dał cynk.
I ruszyli!
Zgraja domorosłych kuchcików w fartuchach z emblematami wietrzy niezłą fuchę. Wszyscy tak samo, ale każdy taki niezależny.
A jak pitraszą! A jak smakują! I serwują.
Nieważne skąd to mięsiwo. Ani czy to w ogóle mięso. Jakby co, to oni tu tylko podają...

I naraz: bach! Wszystko na stół. Zapraszamy, łykajcie! Tu każdy może zostać smakoszem.
Siądź i osądź, smaczne to czy wstrętne?
Spróbowałeś już?
Nieważne!
Prędko powiedz, co myślisz.
Och, jesteś aktorem? Coś takiego, panie Miednicowski!
A pan, panie Powiatowy! Pięknie przełykasz! Jak ty połkniesz, to innym też łatwiej wejdzie.
A zrobisz sobie zdjęcie z wypchaną mordą? Ależ to mięso wymownie wypełnia ci usta!
No róbcie, róbcie te zdjęcia. Prędzej. Flash, pstryk! Pręęędzej!

Halo! Stać, to blaga! Soja!

Co?
No cóż... nikt nie zauważył. Żreć nam się chciało, nie patrzeć.


No kuchciki, na dziś zwijamy kram. Szkoda, że nie powiedzieli jutro.

sobota, 23 lutego 2019

Holotaśma samotnika #1


Do rozpoczęcia prac nad powieścią w klimacie postapo zainspirowały mnie między innymi przygoda z grą Fallout oraz lektura książek z cyklu Metro 2033. Na rynku pojawiło się niedawno Metro: Exodus, a ja, dla równowagi, zamieszczam opowiadanie z uniwersum Fallout 4.


Truposze pojawiły się znienacka. Można by pomyśleć, że po tych zdziczałych, zdegenerowanych chorobą popromienną ludziach nie należy spodziewać się sprytu czy przebiegłości. A jednak – zdołały mnie osaczyć i gdyby nie przypadek, pewnie bym tego nie pisał. Ale: po kolei.
Światło poranka leniwie przebijało się przez lepką mgłę zalegającą rynek. Od razu, gdy tylko się przebudziłem, poczułem, że boli mnie głowa. Zawsze boli, gdy ze wzgórz spłynie ta cholerna mgła. I choć śpię na piętrze, a to diabelstwo sięga najwyżej metr nad powierzchnię, to i tak zawsze wywołuje u mnie ból głowy. Zresztą – nie tylko u mnie. Rozmawiałem jakiś czas temu z kupcami i oni też nie przebierali w słowach złorzecząc na to cholerstwo. Może to nie sama mgła? Może to jakieś zmiany ciśnienia, może nad nią wisi opar, którego nie czuję ani nie widzę? Nie wiem. I nie bardzo też jest kogo zapytać. Mój radiometr, gdy jeszcze działał, nie wykazywał, by mgła była promieniotwórcza. Ale jest zapewne milion innych powodów, od których może rozboleć głowa. Co by nie było – dzień nie zaczął się najlepiej. Samopoczucie nieco poprawiło mi się, gdy na śniadanie wmłóciłem tradycyjnie solidną puchę klusek i fasoli. Całość, popita kawą, której zapas udało mi się zwinąć z jakiegoś zapomnianego bistro (tak, prawdziwą kawą! nie tym badziewiem z liści!), sprawiła, że ból nieco zelżał.
Około południa mgłę rozwiało, więc zszedłem na dół sprawdzić pułapki. Puchy wisiały jak trzeba. Nieco ukryte, by od zewnątrz nikt ich nie dostrzegł. Linka i wycelowana w wejście strzelba dzielnie strzegły wejścia. Nieco boję się, że kiedyś wrócę zmęczony i sam się nadzieję na porcję śrutu, ale cóż... trzeba być optymistą, co nie?
Jako że kurczyły mi się zapasy żywności, a nazbierałem trochę śmiecia, które mógłbym spylić, dosyć nerwowo wypatrywałem karawan. Od przeszło tygodnia żadnej nie widziałem, choć mógłbym przysiąc, że jeszcze dwa miesiące temu, gdy się tu urządziłem, handlarze przechodzili tędy co drugi dzień! To był zresztą jeden z powodów, dla których wybrałem to miejsce – z dala od osad ludzkich chciałem żyć we względnym spokoju nie tracąc jednak kontaktu ze światem. Wiedziałem, że jeśli tak dalej pójdzie, będę musiał ruszyć do Miasta. Trzy dni i nie będę miał wyjścia. Zaopatrzenia na drogę nie potrzebowałem. Pół dnia marszu. Może niewielki zapas, na wypadek gdybym musiał gdzieś przekiblować jakiś powolny patrol tych tłukowatych mutantów. Niby nie daleko, ale po drodze czekało tyle atrakcji, że napotkanie paru szumowin można by nazwać fartem!
Postanowiłem wyruszyć nazajutrz. Wróciłem na górę i sprawdziłem ekwipunek. Półautomatyczny pistolet 10mm, sto osiem sztuk amunicji, czyli niecałe cztery magazynki. Maczeta. Karabin snajperski 308mm i siedemnaście pocisków. Obejrzałem go dokładnie i przypomniałem sobie, że w zasadzie wycieczka do Miasta i tak była nieunikniona. Musiałem wymienić cholerny fosforyzujący celownik na coś innego, choćby krótką lunetę. Może to kwestia przyzwyczajenia, ale oczy mi głupieją przez to świecidełko. Tradycyjną muszką-szczerbinką trafiałem niemal bezbłędnie, a ostatnio przez ten fosforyzujący celownik zmarnowałem 5 pocisków, nim ubiłem zdziczałego psa, który zaczął tu węszyć. Dobrze, że był tylko jeden kundel, najwyraźniej oderwany od stada, bo z dwoma czy trzema mógłbym sobie nie poradzić.
Do sprzedania miałem działającą lampę z żarówką, dwie sztuki pistoletów-samoróbek, dwie dawki prochów i trochę fajek. Niby niewiele, ale wiedziałem, że chociaż za prochy dostanę dobrą cenę. Do torby upchnąłem jeszcze trochę ochraniaczy i dwie maski hokejowe, które ściągnąłem z martwych szumowin, które ktoś rozwalił trzy ulice dalej. Na mojej liście zakupów, tradycyjnie, stało żarcie i – obiecałem sobie – bielizna.
Zapinałem torbę, gdy usłyszałem jakieś westchnienie. Nie zastanawiając się, włożyłem hełm i dopiąłem ołowiany napierśnik. Wziąłem do ręki karabin. Mogło mi się wydawać, może to wiatr? Ale charakterystyczne plaśnięcie utwierdziło mnie w tym, czego się obawiałem. Truposz. Przykucnąłem i zakradłem się do okna. Tak, to był ghul. Szedł sobie spokojnie wąską drogą między „moim blokiem” a budynkiem naprzeciwko. Powoli wysunąłem lufę, przymierzyłem i wystrzeliłem. Jego głowa eksplodowała, członki na chwilę zadygotały i bezgłowy trup runął na ziemię. Po chwili usłyszałem drugi strzał. Nie ja strzelałem. To było blisko, bardzo blisko. Zabrzęczały puszki. Żołądek skurczył mi się boleśnie, ale przemogłem strach i chwyciłem dziesiątkę. Po schodach wchodziło dwóch truposzy. Z zewnątrz dobiegało plaskanie i tupot okutych nóg. Jakby konie. Część koni na trzęsawisku, część na bruku. Zacząłem pruć do zbliżających się martwiaków. Wypaliłem pierwszemu w głowę, dostał też po nogach tak, że na chwilę się zachwiał, ale nie padł. Drugi wyprzedził go i skoczył na mnie z wyciągniętym ramieniem. Krzyczał coś, jakby słowo, ...sta! – nie wiem, co to było, ale też oprzytomniałem i wypaliłem mu trzy pociski w korpus. Chyba wymierzyłem za nisko, w brzuch, wobec czego pociski przeszły przez niego na wylot, wrzasnął przeraźliwie, ale nie stracił wigoru i parł na mnie nadal. Rąbnął mnie w głowę, padłem na ziemię i w tym samym momencie usłyszałem jakieś tutaj! po którym nastąpił metaliczny stukot. Z trudem odpiąłem maczetę od paska, ciąłem na ślepo przed siebie i skoczyłem w głąb pokoju, byle dalej od schodów. Wybuch granatu zakłuł w uszy. Truposz, którego postrzeliłem na schodach, leżał martwy. To znaczy: bardziej martwy niż wcześniej. Temu, który mnie dopadł, eksplozja oderwała nogę. Cuchnęło jak w masarni. Truposz wrzeszczał, wymachiwał łapami i czołgał się w moją stronę. Uniosłem maczetę, by zadać miłosierny dekapitujący cios, jednak jego ciało nagle rozbłysło i zamieniło się w kupkę dymiącego popiołu. Podążyłem za posłyszanym prawym uchem gwizdem i zobaczyłem ubranego w pancerz żołnierza z wycelowanym w ghula karabinem laserowym.
Dziękuję – wyszeptałem.
Żołnierz wpatrywał się we mnie milcząco. Trochę się bałem, że i mnie usmaży.
Kosmo! – dobiegło z zewnątrz. – Hej, Kosmo, gdzie ty jesteś? – stukot pancerza wypełnił pomieszczenie, gdy drugi żołnierz wbiegł na schody.
Tu. Wygląda na to, że jest czysto. – odparł Kosmo i zaczął schodzić do wyjścia. Nadbiegł jego towarzysz. Skinąłem mu głową. Ten zatrzymał na mnie przez chwilę spojrzenie – jakby chciał o coś zapytać – pokręcił jednak głową i również opuścił budynek. Przez okno obserwowałem jak odchodzą. Ten drugi wystrzelił jeszcze raz do ghula leżącego przed budynkiem. Truposz machnął ręką i zastygł w bezruchu. Naliczyłem kolejne trzy ciała leżące nieopodal.
Z niemałym obrzydzeniem zwlokłem trupy z mojego piętra i porzuciłem na środku rynku. Te sprzed wejścia również uprzątnąłem. Postanowiłem w spokoju przeszukać truchła. Rozejrzałem się, czy nikt mnie nie obserwuje. Czułem jakiś dziwny niepokój. Po żołnierzach nie było ani śladu. Swoją drogą... dziwny był ten drugi. Jakiś taki... inny. Jakby świeższy. Mniej styrany. Może nie był stąd? A może to... syntek? Na samą myśl przeszył mnie dreszcz. Cieszyłem się, że już ich tu nie było. Choć przecież mnie uratowali! Ten samotny truposz idący drogą pod moim oknem! Czy to możliwe, że był przynętą, którą miałem się zająć, by dać pozostałym czas na sforsowanie moich zabezpieczeń? To niby tylko żywe trupy, ale: kto ich tam wie?
Żołnierze nie zadali sobie trudu, by ze mną porozmawiać. Na szczęście nie przyszło im też do głowy, by przeszukać ciała ubitych ghuli – widać nie schylają się po byle co, ale ja wzbogaciłem się o fajki, komplet srebrnych sztućców i srebrny zegarek. Może starczy na krótką lunetę?

czwartek, 21 lutego 2019

Ostatnia fajka

Oto i kolejny fragment powieści, nad którą aktualnie pracuję.
I... Tak. To będzie Postapo.


– Czyli co, zaoszczędziliśmy trochę czasu, panie sierżancie. Ma pan co palić?
– A pewnie, proszę. No, fajki to jedyny pozytyw tej wojny. Normalne, kuurde. Żadne tam ultra, karbofree, czy elektro.
– Ja to wie pan, niespecjalnie obserwowałem, bo niby nie palę. Ale świat kończy się tylko raz – Godlewski zawiesił wzrok i zaciągnął się głęboko, a sierżant spojrzał na niego, jakby ten powiedział coś nieodpowiedniego. Naukowiec zaraz się poprawił: Świat próbował się kończyć już wiele razy, ale teraz wygląda na to, że nieprędko znów zobaczymy słońce. I ziemię.
– Zwariujemy tam pod spodem. To pewne.
– Wie pan, na ten moment to jawi mi się, że lepsze to, niż krzesło. Albo tabun. Czy co tam chcą na nas zrzucić.
– Ech, dwóch konwencji było mało. Zrobili trzecią. A i tak musimy czmychać do nory jak jakieś króliki – sierżant zgasił papierosa, westchnął ciężko, klepnął się po udach i dodał: zwołam chłopaków na zbiórkę. Skoro pod ziemią nie wolno kopcić, to ten jeden ostatni raz niech sobie zajarają, a potem zbiorę wszystek fajki. Walniemy po kielichu i spawamy.
Godlewski kiwnął tylko głową i odwrócił głowę udając, że na coś patrzy. Czuł, że wzbiera w nim smutek. I im silniejszy był napór łez, tym bardziej chciał, by sierżant już poszedł.



czwartek, 31 stycznia 2019

Dźwięki łopaty niejednego poruszą


Pochówek miał się ku końcowi. Płacz wywołany odczytanymi przez księdza słowami pożegnania skreślonymi przez najbliższą rodzinę cichł i na pierwszy plan przepychał się głuchy łoskot zsypywanej ziemi. Szarą nijakość rozdarł szpadel szurający o kostkę brukową. Rety, jakież to niewdzięczne zajęcie, taką nierówną nawierzchnię z ziemi obczyszczać. Szpadel zacinał dosłownie co kilka centymetrów. I sam grabarz się zirytował i zaczął co bardziej odstające kostki wyciągać i układać na stosie, ale nie ustawał, szurał dalej.
I rozgląda się, ale nikt nie rozumie, nikt jakoś nie garnie się, żeby pomóc. Jedni już przeciskają się z kwiatami, najbliższa rodzina stoi sobie i w ciszy płacze, a on męczy się, poci i zacina szpadlem raz po razie, zarzuca nikczemne ilości ziemi na pryzmę i odkłada na stos przeszkadzające kostki. Widzę, że sobie nie poradzi, pozostali grabarze układają już kwiaty, więc idę pomóc temu, niech się sam z tym nie męczy, to przecież nie jego praca, więc jesteśmy już w tym razem i wyciągamy te cholerne kostki, ale niektóre są popękane i cały stos się obsypuje i co niby mamy zrobić, poprawiamy i powoli nie ma już gdzie układać, dostaję swój szpadel, praca robi się o niebo lżejsza a stos rośnie szybko, rozglądam się, żałobników już dawno nie ma, a ja kondolencji nie złożyłem, i na grobie kwiaty poukładane, ciemno się robi, no, zasiedzieliśmy się, kiwamy sobie głową, milczące porozumienie, tak należało, zostawiam szpadel i idę. Płaszcz zesztywniał i diablo zimny, dlaczego żona na mnie nie poczekała? Może czeka. Ale już zamknięte. No, stało jak wół, że do osiemnastej. A swoją drogą jeszcze by trzeba ziemi ze ścieżki podebrać, zanim się kostkę nazad ułoży...

wtorek, 15 stycznia 2019

Mglisty poranek

Czas na serię inspirowaną twórczością Arkadija i Borysa Strugackich oraz uniwersum Fallout! Wpisy w tej serii będą niekiedy przeplatać się z innymi, niepowiązanymi treściami.
Na przystawkę fragment będącej w przygotowaniu (o)powieści:


Mgła wciąż się jeszcze nie podniosła. W zasadzie była nawet gęstsza, niż w nocy. Do tego była nieprzyjemnie lepka. Idąc miał wrażenie, że sunie przez zupę. Gęsty żur. Albo krem z dyni. Raczej to drugie, bo zupa typu krem ma jednolitą konsystencję, czego o żurku powiedzieć nie można. Chyba, że go zblendować. Choć miksowanie żurku woła o pomstę do nieba. To tak, jakby robić jajka sadzone na parze. Albo do sałaty dodawać jogurt zamiast śmietany. Nie tędy droga.
Albo kisiel. Albo budyń.
Strzał.
Gleba.
W zasadzie nie ma sensu padać na ziemię w obawie przed strzałem, który się właśnie usłyszało. Było o tym nawet w jakimś filmie, który oglądał, nim skończył się świat. Wystrzelony pocisk i tak trafi najpóźniej w momencie, w którym go usłyszysz. Ale jeśli nie trafi, to następny może. O ile będzie następny. A jako że nie wiadomo, czy będzie jakiś następny, najlepiej paść na ziemię. Ot, tyle mądrości, dobrze jednak przemyśleć to zawczasu, a nie zastanawiać się, gdy już zaczną strzelać. Można ewentualnie pozastanawiać się, gdy już się leży. Miło tak leżeć w błocie i rozmyślać o rzucaniu się na ziemię.
Bo padać też trzeba umieć. Rzadko będzie się miało wpływ na to, na co się padnie. No bo jeśli założyć, że paść trzeba natychmiast, to nie będziemy grymasić, że twardo, nierówno, mokro – prawda? Natomiast ważne jest JAK upaść. I na pewno nie należy upaść tak, jak upadł teraz. Czyli po pierwsze: ciężar trzeba umiejętnie rozłożyć. Bo teraz lewy nadgarstek aż pulsuje z bólu, a prawa dłoń jest niemal czysta, czyli że prawie nie dotknęła podłoża. No i plecak nie może rąbać w potylicę. No nie może i już. To takie proste, ale jednak rąbnął. Dobrze, że nie boli tak, jak ręka.
Swoją drogą człowiek nie pogardziłby kremem z dyni. A tym bardziej żurkiem. Niechby go już sobie zblendowali. Albo syntetycznym.
Strzał padł gdzieś od przodu. Czyli że zbliżył się do miejsca, od którego lepiej trzymać się z dala. Wycofać się? Ale dokąd? Tam już niczego nie było. A iść naprzód trochę strach.
Krótka seria. Po niej długa. Przerwa. I znowu dwie krótkie. Ktoś nie szczędzi nabojów. Świst pocisków tłukących o kamienie przyprawiał o drżenie.
Lornetka, szybki rekonesans. Dwóch ludzi ukrytych w ruinach budynku. Czy aby na pewno tylko dwóch? O, nie, jest i trzeci, próbuje go zajść od lewej. Strzał, trafiony. Teraz jest już tylko dwóch. Luneta na podczerwień to prawdziwy skarb. Nie marnujesz nabojów na kukły. Nie walisz po cegłach. Czerwony oznacza wysunięty cel. Taki jak ten. Strzał. Trafiony. Został jeden przeciwnik. Szum w uszach jest nie do zniesienia. Serce łomocze wysoko, jakby podeszło pod samo gardło. Ale jeszcze nie wolno się rozluźnić. Ten trzeci może być najbardziej niebezpieczny. W końcu przeżył tamtych dwóch, co oznacza, że jest najsprawniejszy. Albo ma największy fart. Co, zasadniczo niezależnie od tego, które z powyższych jest prawdą, sprowadza się do prostego wniosku – stanowi największe zagrożenie.
Krótka seria. Jeden z pocisków uderza tuż obok. Inny przelatuje nisko nad hełmem. Zaświszczał tak blisko, że niemal można było z nim wymienić uprzejmości.
Dzień dobry, czterdziestko piątko!
Dzień dobry!
Co u ciebie?
Przepraszam, muszę lecieć.
W porządku. Całe szczęście!
Przymierzył ponownie. Strzał. Pudło. Albo i nie. Słychać jęk.
Ranny. Najgorzej.


No i czemu strzelaliście?

środa, 9 stycznia 2019

O śmierci tych, co kochali życie


Pogrzeb był smutny. Najgorzej chować tych, którzy kochali życie. Nie żebym innym źle życzył. Po prostu... jeśli ktoś czerpie pełną piersią z dobrodziejstw tego świata, niechby nawet były skromne, to szkoda go bardziej, niż tych, którym każdy dzień jest udręką, koniecznością, niepotrafiących cieszyć się teraz, zawsze wypatrujących później lub wyłącznie wspominających kiedyś. Kto wie, może rzeczona skłonność zostanie kiedyś określona przez psychologów czy psychiatrów (tak, podobno to nie ci sami) mianem zespołu zaburzeń -icznych lub manią -wczą. Diagnozowani będą pacjenci, którzy nazbyt często wypowiedzą magiczne czasoskracacze typu „obiad zjedzony, dzień zaliczony”  albo wręcz obwieszczą znajomym w środę, że i tak to właśnie kolejny tydzień zleciał.
Co pozostaje? Prócz żalu... cholernie banalne, ale i równie mocne postanowienie poprawy. W kufelku życia zawartości raczej nie przybędzie. Trzeba smakować każdy łyk.

O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)

– Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy ...