
Znicze już płoną. Z tej okazji zamieszczam kontynuację opowiadania "O tych co na amen zemrzeć nie mogą".
– I cóżeś tam nagadał, Rubenka? – zagadnął Lisiak, który przyszedł za Rubenką, gdy spostrzegł, że ten do domu wraca.
– E,
nie tyle, ilem zamierzył – chłop westchnął cicho.
– Radca
ciem nie obili? – Lisiak przyjrzał się Rubence z bliska lustrując
twarz zielonymi oczyma.
– Nie,
gdzieby, rzekłem wam, że to dobry chłop – odparł siląc się na
uśmiech.
– Nie
chłop – stanowczo odparł Lisiak i mlasnął ssąc lulkę.
– Nie,
nie chłop – Rubenka posmutniał i wyraźnie się nad czymś
zastanawiał.
– Zawierzył?
– No
trudno rzec. Ech. Pedziałem o nocnym. I o innych. O naźwiskach.
Tedy siem wściek.
– Przegnał.
– Bardziej stwierdził niż zapytał Lisiak.
– Nie.
Wysłuchał. Macie co w tej lulce?
– Ano,
macie – odparł sąsiad i podał fajkę Rubence.
– Ale
zeźlił siem nielicho – przyznał Rubenka kopcąc powoli. – A i
mu pedziałem, że to naś wsyćkich tyczy.
– Niedobrze
– Lisiak zasępił się, a bruzdy na jego ogorzałej twarzy
wydawały się pogłębiać.
– Taaak.
– Zboże
faluje. Pogoda będzie.
– Chwała
Marysieńce przenajświętszej. Od tych deszczów to mokro tak! –
Rubenka zwrócił kopciucha sąsiadowi.
– Popa,
idzie Sioł. I kto jeszcze.
– Pewno
to młody Mróg – odparł Rubenka mrużąc oczy.
– A
ten trzeci? Niski dość, musi że Porag. Kto by inny.
– Ziemnian.
– Rubenka!
Przez lewe ramię, jak Boga kocham.
– A
co? Też nie wierzycie?
– Wierzę,
ale żeby za dnia takie rzeczy!
– To
Porag i Mróg.
– I
Sioł.
– Tak,
pewno.
– Musi,
że Sioł. A Poragowi zeszłym dniem klacz padła.
– Mowili.
– Kto?
– Słyszałem.
– Ach
to.
Trzech
chłopów zbliżyło się do Lisiaka i Rubenki.
– Pochwalony!
– Na
wieki wieków!
– Byliście,
Rubenka, u radcy? – zapytał Mróg siadając na skrzynce.
– Byłem.
– I
co? Gadajcie! – ponaglał.
– Pedziałem,
jak siem sprawa ma. Zeźlił siem nielicho.
– A
pomoże? – dopytywał Sioł.
– Źle
żeśmy do niego sprawunek ten zanieśli... – mruknął Porag
rozglądając się nerwowo.
– Co
siem tak wiercicie, słowo daję. Sami mamy tu co uradzić? –
zbulwersował się Sioł.
– A
tak, sami, jak zawsze. Jak zasiew nie wyda, to sami radzimy. Jak grad
dachy podziurawił, samiśmy sobie radzili. Tak i teraz – wyliczał
Porag.
– Nie
pomoże. Nie widzi mi się! – zawołał Mróg.
– Nie
chłop, psia jego mać – warknął Lisiak i splunął tak
gwałtownie, że czapka zsunęła mu się na czoło, a zielone oczy
zapłonęły złością.
– Co
robimy? Księdza prosić nie śmiem – Sioł westchnął ciężko.
– Ano.
Trudna rada – Lisiak znów zaczął ssać lulkę.
– Może
by tedy wykopać?
– Wykopać,
Matko Boża, Rubenka! – zawołał Mróg.
– Dobrze
gada – mruknął Lisiak, nie wiadomo jednak, kogo miał na myśli.
– Wypijmy.
Źle myśleć o suchym pysku – zaordynował Porag.
– Dobrze,
aby ino nie zmętnieć – podjął Sioł i ruszył w stronę swojej
chaty. Pozostali jakby bezwolnie ruszyli za nim.
Przysiadłszy
na klepisku, zagryzając skórką od chleba, popijali kolejno
samogon, który Sioł przyniósł z izby.
– Jeśli
to jakie licho, to księdza by trzeba – zaczął po długim
milczeniu Mróg.
– Radca
nie pomoże. Rzekłem wam – nie mówić nikomu – wypominał
Porag.
– Lepi
wykopać.
– Rubenka,
wy wciąż swoje – westchnął Mróg. – To chodzi o zewłok mego
taty.
– Diabli
wiedzo, co za plugastwo – Sioł zdawał się nie słuchać całej
dyskusji. Siedząc na płocie mówił jakby do ziemi.
– Tedy
ojczulka poprosić pozostaje – upierał się Mróg.
– Przyłażą
nocom, musi że upiery jakie – podjął Porag krzywiąc się mocno.
– Mnie już nie licho tamten strachu napędził. A i ta klacz co
padła, to może też ich sprawka. A i siano.... siano samo zagniło?
– zapytał i łyknął samogonu.
– Prawda.
Depce mi to po polu. A i zboże potem jakby wilgne. Nie ma jak
zebrać. A przeto zaraz wysypie – zmartwił się Sioł.
– Z
tą klaczką to dziwna rzecz. A ona nogi nie złamała? – Mróg
próbował sobie przypomnieć.
– Ano,
złamała – zgodził się Porag.
– Czyli
nie od siana – mruknął Lisiak.
– Ano
nie. Spłoszyła się, w dół wdepła.
– Mówiła
stara, żeście ją między mogiły ciągli.
– No,
babinka mówiła, że jak w grobie upier jaki, to klacz, co jeszcze
jej żaden nie dosiat, rozumieta, siem pewnikiem zarżeć ze strachu
musi. No i strach ją taki obleciał, jak mnie szarpnie, jak wyrwała,
płot przesadziła. I jedną gicz w grząskie posadziła. Dobić
musiałem.
Chłopi
zadumali się chwilę.
– A
wiadomo, czego tak się zlękła? - zapytał Mróg.
– Ano
głupie bydle, fakt. Jak żem bliży mogiły Ziemniana prowadził...
wiater się zerwał. I gałąź się od tego, rozumieta, wiatru,
oberwała. Ta jak nie zarży, jak mi cugli nie wyrwie. Mało bym rękę
stracił, rozumieta. I dawaj, chyca przez płota, jak nie gruchnie...
– powiedział Porag, na zakończenie uderzając pięścią w
otwartą dłoń.
– Dobić
musieliście – mruknął cicho Lisiak.
– Ano.
Samogon
krążył od ręki do ręki, od ust do ust. Chleb łamano i podawano,
słońce przygrzewało, a wiatr przyjemnie chłodził obejście.
– Tedy,
nocom, cóżeście widzieli? – dopytywał Mróg.
– No,
przeca rzekłem wam już – Sioł wyglądał na zniecierpliwionego.
Po chwili jednak opowiedział: wylazłem, bom myślał, że mi kto
zagon depce. Tera jak myśle, to bym bez kaganka nie wylazł. No i
przypentało się to. Widziadło, psia jego mać. Stoi i siem lampi.
A mruży te oczy, niby paciorki małe, i siem lampi. Poszedł, precz,
mówię, cholero. A ten nic, stoi. I wpatruje, wpatruje.
– Nie
wiedziałem, żeście coś do niego gadali – zastanowił się Porag
inaczej przypominając sobie poprzednią relację sąsiada.
– A
tak, gadałem, ale to i na nic. A strachałem siem odwrócić, dziwny
jaki był, niby stary Mróg, ale grubszy, bledszy. Dajcie jeszcze coś
napić.
– Ociec
od miesiąca przeszło nie dycha. Wszyscyśmy widzieli, jak go do
grobu złożyli. Obrządków dopełniono. A mnie trudno to
przychodzi. Choć sam żem go widział. I Wacusia też mi nielicho
nastrachał, kiedy nocom do kur zajrzał, myślał, że lis się
dobiera.
– Jużci
– mruknął Sioł przeżuwając.
– Wyglądał
jak stary Mróg, znaczy? – dopytywał Lisiak.
– Nie
– zaprzeczył Sioł kiwając głową. Obtarł gębę i zrzucił z
brody duży okruch chleba.
– A
kto?
– Nie
wyglądał. To był stary Mróg, jużem wam mówił.
– Łuczywo
mieliście? – zapytał Rubenka coś jakby sobie przypominając.
Gniótł cały czas beret.
– Nie,
gdzie bym, na pole, z łuczywem. Pożogi jeszcze nam trzeba. Może
kaganka to bym...
– Ale
nocom to było. Skąd wiecie! – wykrzyknął bardziej niż zapytał
Lisiak.
– Wiem
i już. Wiary dawać nie musicie. Ale pozostali... samiście
widzieli, co i ja żem widział – odparł Sioł wyraźnie
poirytowany.
– Ja
tylko nie widziałem. A bo on coś gadał? – dopytywał Lisiak.
– Nie.
Ale też i mnie nie do gadania było.
– Strach
was obleciał, co? – zapytał Mróg nie bez satysfakcji.
– A
żebyście wiedzieli, cholera. Chłop jestem nielichy, może nie taki
byk, jak Rubenka, ale parę nosów przestawiłem. Ale to co inno...
– Trza
nam to przegnać.
– Ukopać
i … – zaczął Rubenka, ale przerwał mu gwałtowny wrzask.
– Siedzita
chopy, gupki jakie, pijeta zamiast siem do roboty jakiej wziońć,
Sioł, gamoniu, jak ciem zaraz pogonie, a ty Rubenka, co ty znowu
chcesz ukopać, jak Boga kocham, za zimnioki siem bierz, jak twojej
starej powiem, to ciem owrzeszczy! – Siołowa zjawiła się jakby
znikąd, a wszyscy jak się skulili, jak pierzchali! Tylko Sioł,
struchlały, wszedł do swej izby.