Czas na serię inspirowaną twórczością Arkadija i Borysa Strugackich oraz uniwersum Fallout! Wpisy w tej serii będą niekiedy przeplatać się z innymi, niepowiązanymi treściami.
Na przystawkę fragment będącej w przygotowaniu (o)powieści:
Mgła
wciąż się jeszcze nie podniosła. W zasadzie była nawet gęstsza,
niż w nocy. Do tego była nieprzyjemnie lepka. Idąc miał wrażenie,
że sunie przez zupę. Gęsty żur. Albo krem z dyni. Raczej to
drugie, bo zupa typu krem ma jednolitą konsystencję, czego o żurku
powiedzieć nie można. Chyba, że go zblendować. Choć miksowanie
żurku woła o pomstę do nieba. To tak, jakby robić jajka sadzone
na parze. Albo do sałaty dodawać jogurt zamiast śmietany. Nie tędy
droga.
Albo
kisiel. Albo budyń.
Strzał.
Gleba.
W
zasadzie nie ma sensu padać na ziemię w obawie przed strzałem,
który się właśnie usłyszało. Było o tym nawet w jakimś
filmie, który oglądał, nim skończył się świat. Wystrzelony
pocisk i tak trafi najpóźniej w momencie, w którym go usłyszysz.
Ale jeśli nie trafi, to następny może. O ile będzie następny. A
jako że nie wiadomo, czy będzie jakiś następny, najlepiej paść
na ziemię. Ot, tyle mądrości, dobrze jednak przemyśleć to
zawczasu, a nie zastanawiać się, gdy już zaczną strzelać. Można
ewentualnie pozastanawiać się, gdy już się leży. Miło tak leżeć
w błocie i rozmyślać o rzucaniu się na ziemię.
Bo
padać też trzeba umieć. Rzadko będzie się miało wpływ na to,
na co się padnie. No bo jeśli założyć, że paść trzeba
natychmiast, to nie będziemy grymasić, że twardo, nierówno, mokro
– prawda? Natomiast ważne jest JAK upaść. I na pewno nie należy
upaść tak, jak upadł teraz. Czyli po pierwsze: ciężar trzeba
umiejętnie rozłożyć. Bo teraz lewy nadgarstek aż pulsuje z bólu,
a prawa dłoń jest niemal czysta, czyli że prawie nie dotknęła
podłoża. No i plecak nie może rąbać w potylicę. No nie może i
już. To takie proste, ale jednak rąbnął. Dobrze, że nie boli
tak, jak ręka.
Swoją
drogą człowiek nie pogardziłby kremem z dyni. A tym bardziej
żurkiem. Niechby go już sobie zblendowali. Albo syntetycznym.
Strzał
padł gdzieś od przodu. Czyli że zbliżył się do miejsca, od
którego lepiej trzymać się z dala. Wycofać się? Ale dokąd? Tam
już niczego nie było. A iść naprzód trochę strach.
Krótka
seria. Po niej długa. Przerwa. I znowu dwie krótkie. Ktoś nie
szczędzi nabojów. Świst pocisków tłukących o kamienie
przyprawiał o drżenie.
Lornetka,
szybki rekonesans. Dwóch ludzi ukrytych w ruinach budynku. Czy aby
na pewno tylko dwóch? O, nie, jest i trzeci, próbuje go zajść od
lewej. Strzał, trafiony. Teraz jest już tylko dwóch. Luneta na
podczerwień to prawdziwy skarb. Nie marnujesz nabojów na kukły.
Nie walisz po cegłach. Czerwony oznacza wysunięty cel. Taki jak
ten. Strzał. Trafiony. Został jeden przeciwnik. Szum w uszach jest
nie do zniesienia. Serce łomocze wysoko, jakby podeszło pod samo
gardło. Ale jeszcze nie wolno się rozluźnić. Ten trzeci może być
najbardziej niebezpieczny. W końcu przeżył tamtych dwóch, co
oznacza, że jest najsprawniejszy. Albo ma największy fart. Co,
zasadniczo niezależnie od tego, które z powyższych jest prawdą,
sprowadza się do prostego wniosku – stanowi największe
zagrożenie.
Krótka
seria. Jeden z pocisków uderza tuż obok. Inny przelatuje nisko nad
hełmem. Zaświszczał tak blisko, że niemal można było z nim
wymienić uprzejmości.
Dzień
dobry, czterdziestko piątko!
Dzień
dobry!
Co
u ciebie?
Przepraszam,
muszę lecieć.
W
porządku. Całe szczęście!
Przymierzył
ponownie. Strzał. Pudło. Albo i nie. Słychać jęk.
Ranny.
Najgorzej.
No
i czemu strzelaliście?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz