wtorek, 15 stycznia 2019

Mglisty poranek

Czas na serię inspirowaną twórczością Arkadija i Borysa Strugackich oraz uniwersum Fallout! Wpisy w tej serii będą niekiedy przeplatać się z innymi, niepowiązanymi treściami.
Na przystawkę fragment będącej w przygotowaniu (o)powieści:


Mgła wciąż się jeszcze nie podniosła. W zasadzie była nawet gęstsza, niż w nocy. Do tego była nieprzyjemnie lepka. Idąc miał wrażenie, że sunie przez zupę. Gęsty żur. Albo krem z dyni. Raczej to drugie, bo zupa typu krem ma jednolitą konsystencję, czego o żurku powiedzieć nie można. Chyba, że go zblendować. Choć miksowanie żurku woła o pomstę do nieba. To tak, jakby robić jajka sadzone na parze. Albo do sałaty dodawać jogurt zamiast śmietany. Nie tędy droga.
Albo kisiel. Albo budyń.
Strzał.
Gleba.
W zasadzie nie ma sensu padać na ziemię w obawie przed strzałem, który się właśnie usłyszało. Było o tym nawet w jakimś filmie, który oglądał, nim skończył się świat. Wystrzelony pocisk i tak trafi najpóźniej w momencie, w którym go usłyszysz. Ale jeśli nie trafi, to następny może. O ile będzie następny. A jako że nie wiadomo, czy będzie jakiś następny, najlepiej paść na ziemię. Ot, tyle mądrości, dobrze jednak przemyśleć to zawczasu, a nie zastanawiać się, gdy już zaczną strzelać. Można ewentualnie pozastanawiać się, gdy już się leży. Miło tak leżeć w błocie i rozmyślać o rzucaniu się na ziemię.
Bo padać też trzeba umieć. Rzadko będzie się miało wpływ na to, na co się padnie. No bo jeśli założyć, że paść trzeba natychmiast, to nie będziemy grymasić, że twardo, nierówno, mokro – prawda? Natomiast ważne jest JAK upaść. I na pewno nie należy upaść tak, jak upadł teraz. Czyli po pierwsze: ciężar trzeba umiejętnie rozłożyć. Bo teraz lewy nadgarstek aż pulsuje z bólu, a prawa dłoń jest niemal czysta, czyli że prawie nie dotknęła podłoża. No i plecak nie może rąbać w potylicę. No nie może i już. To takie proste, ale jednak rąbnął. Dobrze, że nie boli tak, jak ręka.
Swoją drogą człowiek nie pogardziłby kremem z dyni. A tym bardziej żurkiem. Niechby go już sobie zblendowali. Albo syntetycznym.
Strzał padł gdzieś od przodu. Czyli że zbliżył się do miejsca, od którego lepiej trzymać się z dala. Wycofać się? Ale dokąd? Tam już niczego nie było. A iść naprzód trochę strach.
Krótka seria. Po niej długa. Przerwa. I znowu dwie krótkie. Ktoś nie szczędzi nabojów. Świst pocisków tłukących o kamienie przyprawiał o drżenie.
Lornetka, szybki rekonesans. Dwóch ludzi ukrytych w ruinach budynku. Czy aby na pewno tylko dwóch? O, nie, jest i trzeci, próbuje go zajść od lewej. Strzał, trafiony. Teraz jest już tylko dwóch. Luneta na podczerwień to prawdziwy skarb. Nie marnujesz nabojów na kukły. Nie walisz po cegłach. Czerwony oznacza wysunięty cel. Taki jak ten. Strzał. Trafiony. Został jeden przeciwnik. Szum w uszach jest nie do zniesienia. Serce łomocze wysoko, jakby podeszło pod samo gardło. Ale jeszcze nie wolno się rozluźnić. Ten trzeci może być najbardziej niebezpieczny. W końcu przeżył tamtych dwóch, co oznacza, że jest najsprawniejszy. Albo ma największy fart. Co, zasadniczo niezależnie od tego, które z powyższych jest prawdą, sprowadza się do prostego wniosku – stanowi największe zagrożenie.
Krótka seria. Jeden z pocisków uderza tuż obok. Inny przelatuje nisko nad hełmem. Zaświszczał tak blisko, że niemal można było z nim wymienić uprzejmości.
Dzień dobry, czterdziestko piątko!
Dzień dobry!
Co u ciebie?
Przepraszam, muszę lecieć.
W porządku. Całe szczęście!
Przymierzył ponownie. Strzał. Pudło. Albo i nie. Słychać jęk.
Ranny. Najgorzej.


No i czemu strzelaliście?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)

– Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy ...