Pochówek miał się ku końcowi.
Płacz wywołany odczytanymi przez księdza słowami pożegnania
skreślonymi przez najbliższą rodzinę cichł i na pierwszy plan
przepychał się głuchy łoskot zsypywanej ziemi. Szarą nijakość
rozdarł szpadel szurający o kostkę brukową. Rety, jakież to
niewdzięczne zajęcie, taką nierówną nawierzchnię z ziemi
obczyszczać. Szpadel zacinał dosłownie co kilka centymetrów. I
sam grabarz się zirytował i zaczął co bardziej odstające kostki
wyciągać i układać na stosie, ale nie ustawał, szurał dalej.
I rozgląda się, ale nikt nie rozumie, nikt jakoś nie garnie się, żeby pomóc. Jedni już przeciskają się z kwiatami, najbliższa rodzina stoi sobie i w ciszy płacze, a on męczy się, poci i zacina szpadlem raz po razie, zarzuca nikczemne ilości ziemi na pryzmę i odkłada na stos przeszkadzające kostki. Widzę, że sobie nie poradzi, pozostali grabarze układają już kwiaty, więc idę pomóc temu, niech się sam z tym nie męczy, to przecież nie jego praca, więc jesteśmy już w tym razem i wyciągamy te cholerne kostki, ale niektóre są popękane i cały stos się obsypuje i co niby mamy zrobić, poprawiamy i powoli nie ma już gdzie układać, dostaję swój szpadel, praca robi się o niebo lżejsza a stos rośnie szybko, rozglądam się, żałobników już dawno nie ma, a ja kondolencji nie złożyłem, i na grobie kwiaty poukładane, ciemno się robi, no, zasiedzieliśmy się, kiwamy sobie głową, milczące porozumienie, tak należało, zostawiam szpadel i idę. Płaszcz zesztywniał i diablo zimny, dlaczego żona na mnie nie poczekała? Może czeka. Ale już zamknięte. No, stało jak wół, że do osiemnastej. A swoją drogą jeszcze by trzeba ziemi ze ścieżki podebrać, zanim się kostkę nazad ułoży...
I rozgląda się, ale nikt nie rozumie, nikt jakoś nie garnie się, żeby pomóc. Jedni już przeciskają się z kwiatami, najbliższa rodzina stoi sobie i w ciszy płacze, a on męczy się, poci i zacina szpadlem raz po razie, zarzuca nikczemne ilości ziemi na pryzmę i odkłada na stos przeszkadzające kostki. Widzę, że sobie nie poradzi, pozostali grabarze układają już kwiaty, więc idę pomóc temu, niech się sam z tym nie męczy, to przecież nie jego praca, więc jesteśmy już w tym razem i wyciągamy te cholerne kostki, ale niektóre są popękane i cały stos się obsypuje i co niby mamy zrobić, poprawiamy i powoli nie ma już gdzie układać, dostaję swój szpadel, praca robi się o niebo lżejsza a stos rośnie szybko, rozglądam się, żałobników już dawno nie ma, a ja kondolencji nie złożyłem, i na grobie kwiaty poukładane, ciemno się robi, no, zasiedzieliśmy się, kiwamy sobie głową, milczące porozumienie, tak należało, zostawiam szpadel i idę. Płaszcz zesztywniał i diablo zimny, dlaczego żona na mnie nie poczekała? Może czeka. Ale już zamknięte. No, stało jak wół, że do osiemnastej. A swoją drogą jeszcze by trzeba ziemi ze ścieżki podebrać, zanim się kostkę nazad ułoży...