czwartek, 31 stycznia 2019

Dźwięki łopaty niejednego poruszą


Pochówek miał się ku końcowi. Płacz wywołany odczytanymi przez księdza słowami pożegnania skreślonymi przez najbliższą rodzinę cichł i na pierwszy plan przepychał się głuchy łoskot zsypywanej ziemi. Szarą nijakość rozdarł szpadel szurający o kostkę brukową. Rety, jakież to niewdzięczne zajęcie, taką nierówną nawierzchnię z ziemi obczyszczać. Szpadel zacinał dosłownie co kilka centymetrów. I sam grabarz się zirytował i zaczął co bardziej odstające kostki wyciągać i układać na stosie, ale nie ustawał, szurał dalej.
I rozgląda się, ale nikt nie rozumie, nikt jakoś nie garnie się, żeby pomóc. Jedni już przeciskają się z kwiatami, najbliższa rodzina stoi sobie i w ciszy płacze, a on męczy się, poci i zacina szpadlem raz po razie, zarzuca nikczemne ilości ziemi na pryzmę i odkłada na stos przeszkadzające kostki. Widzę, że sobie nie poradzi, pozostali grabarze układają już kwiaty, więc idę pomóc temu, niech się sam z tym nie męczy, to przecież nie jego praca, więc jesteśmy już w tym razem i wyciągamy te cholerne kostki, ale niektóre są popękane i cały stos się obsypuje i co niby mamy zrobić, poprawiamy i powoli nie ma już gdzie układać, dostaję swój szpadel, praca robi się o niebo lżejsza a stos rośnie szybko, rozglądam się, żałobników już dawno nie ma, a ja kondolencji nie złożyłem, i na grobie kwiaty poukładane, ciemno się robi, no, zasiedzieliśmy się, kiwamy sobie głową, milczące porozumienie, tak należało, zostawiam szpadel i idę. Płaszcz zesztywniał i diablo zimny, dlaczego żona na mnie nie poczekała? Może czeka. Ale już zamknięte. No, stało jak wół, że do osiemnastej. A swoją drogą jeszcze by trzeba ziemi ze ścieżki podebrać, zanim się kostkę nazad ułoży...

wtorek, 15 stycznia 2019

Mglisty poranek

Czas na serię inspirowaną twórczością Arkadija i Borysa Strugackich oraz uniwersum Fallout! Wpisy w tej serii będą niekiedy przeplatać się z innymi, niepowiązanymi treściami.
Na przystawkę fragment będącej w przygotowaniu (o)powieści:


Mgła wciąż się jeszcze nie podniosła. W zasadzie była nawet gęstsza, niż w nocy. Do tego była nieprzyjemnie lepka. Idąc miał wrażenie, że sunie przez zupę. Gęsty żur. Albo krem z dyni. Raczej to drugie, bo zupa typu krem ma jednolitą konsystencję, czego o żurku powiedzieć nie można. Chyba, że go zblendować. Choć miksowanie żurku woła o pomstę do nieba. To tak, jakby robić jajka sadzone na parze. Albo do sałaty dodawać jogurt zamiast śmietany. Nie tędy droga.
Albo kisiel. Albo budyń.
Strzał.
Gleba.
W zasadzie nie ma sensu padać na ziemię w obawie przed strzałem, który się właśnie usłyszało. Było o tym nawet w jakimś filmie, który oglądał, nim skończył się świat. Wystrzelony pocisk i tak trafi najpóźniej w momencie, w którym go usłyszysz. Ale jeśli nie trafi, to następny może. O ile będzie następny. A jako że nie wiadomo, czy będzie jakiś następny, najlepiej paść na ziemię. Ot, tyle mądrości, dobrze jednak przemyśleć to zawczasu, a nie zastanawiać się, gdy już zaczną strzelać. Można ewentualnie pozastanawiać się, gdy już się leży. Miło tak leżeć w błocie i rozmyślać o rzucaniu się na ziemię.
Bo padać też trzeba umieć. Rzadko będzie się miało wpływ na to, na co się padnie. No bo jeśli założyć, że paść trzeba natychmiast, to nie będziemy grymasić, że twardo, nierówno, mokro – prawda? Natomiast ważne jest JAK upaść. I na pewno nie należy upaść tak, jak upadł teraz. Czyli po pierwsze: ciężar trzeba umiejętnie rozłożyć. Bo teraz lewy nadgarstek aż pulsuje z bólu, a prawa dłoń jest niemal czysta, czyli że prawie nie dotknęła podłoża. No i plecak nie może rąbać w potylicę. No nie może i już. To takie proste, ale jednak rąbnął. Dobrze, że nie boli tak, jak ręka.
Swoją drogą człowiek nie pogardziłby kremem z dyni. A tym bardziej żurkiem. Niechby go już sobie zblendowali. Albo syntetycznym.
Strzał padł gdzieś od przodu. Czyli że zbliżył się do miejsca, od którego lepiej trzymać się z dala. Wycofać się? Ale dokąd? Tam już niczego nie było. A iść naprzód trochę strach.
Krótka seria. Po niej długa. Przerwa. I znowu dwie krótkie. Ktoś nie szczędzi nabojów. Świst pocisków tłukących o kamienie przyprawiał o drżenie.
Lornetka, szybki rekonesans. Dwóch ludzi ukrytych w ruinach budynku. Czy aby na pewno tylko dwóch? O, nie, jest i trzeci, próbuje go zajść od lewej. Strzał, trafiony. Teraz jest już tylko dwóch. Luneta na podczerwień to prawdziwy skarb. Nie marnujesz nabojów na kukły. Nie walisz po cegłach. Czerwony oznacza wysunięty cel. Taki jak ten. Strzał. Trafiony. Został jeden przeciwnik. Szum w uszach jest nie do zniesienia. Serce łomocze wysoko, jakby podeszło pod samo gardło. Ale jeszcze nie wolno się rozluźnić. Ten trzeci może być najbardziej niebezpieczny. W końcu przeżył tamtych dwóch, co oznacza, że jest najsprawniejszy. Albo ma największy fart. Co, zasadniczo niezależnie od tego, które z powyższych jest prawdą, sprowadza się do prostego wniosku – stanowi największe zagrożenie.
Krótka seria. Jeden z pocisków uderza tuż obok. Inny przelatuje nisko nad hełmem. Zaświszczał tak blisko, że niemal można było z nim wymienić uprzejmości.
Dzień dobry, czterdziestko piątko!
Dzień dobry!
Co u ciebie?
Przepraszam, muszę lecieć.
W porządku. Całe szczęście!
Przymierzył ponownie. Strzał. Pudło. Albo i nie. Słychać jęk.
Ranny. Najgorzej.


No i czemu strzelaliście?

środa, 9 stycznia 2019

O śmierci tych, co kochali życie


Pogrzeb był smutny. Najgorzej chować tych, którzy kochali życie. Nie żebym innym źle życzył. Po prostu... jeśli ktoś czerpie pełną piersią z dobrodziejstw tego świata, niechby nawet były skromne, to szkoda go bardziej, niż tych, którym każdy dzień jest udręką, koniecznością, niepotrafiących cieszyć się teraz, zawsze wypatrujących później lub wyłącznie wspominających kiedyś. Kto wie, może rzeczona skłonność zostanie kiedyś określona przez psychologów czy psychiatrów (tak, podobno to nie ci sami) mianem zespołu zaburzeń -icznych lub manią -wczą. Diagnozowani będą pacjenci, którzy nazbyt często wypowiedzą magiczne czasoskracacze typu „obiad zjedzony, dzień zaliczony”  albo wręcz obwieszczą znajomym w środę, że i tak to właśnie kolejny tydzień zleciał.
Co pozostaje? Prócz żalu... cholernie banalne, ale i równie mocne postanowienie poprawy. W kufelku życia zawartości raczej nie przybędzie. Trzeba smakować każdy łyk.

O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)

– Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy ...