Zimy prawie nie ma, ale chłód i tak zbiera żniwo wśród ubogich i bezdomnych. Na wielu osiedlach znajdują się lodówki, w których można umieścić niechciane żarcie. Każdemu czasem zostanie trochę za dużo zupy, niekiedy zostaniemy obdarowani dżemem, którego nie lubimy. Zamiast wyrzucać - wystarczy umieścić produkt w takim oto ustrojstwie - można pozbyć się kłopotu, a komuś zorganizować posiłek.
A przy okazji prezentuję fragment opowiadania:
Z życia bezdomnego – 1
Nie mógł
przyzwyczaić się do tego gorzko-kwaśnego smaku. Nawykł do chłodu,
nauczył się akceptować smród. Ale spleśniały chleb zawsze
napawał go obrzydzeniem. Nie tylko ze względu na smak jako taki –
po prostu jedzenie tego paskudztwa z niebiesko-białym nalotem, tego
niby ucieleśnienia Boga Jezusa, tylko że nadpsutego, przypominało
mu, jak nisko upadł. I ten wstrętny posmak długo nie dawał o tym
upodleniu zapomnieć. A zapić, spłukać ten syf... nie zawsze było
czym. Mimo to żuł, ssał każdy kęs, aż nie rozpuścił się na
drobne kawałeczki i dopiero wtedy połykał. Z trzech kromek tego
paskudztwa czynił w ten sposób przyzwoity posiłek, który trwał
ładnych parę chwil, zaspokajał głód o wiele bardziej, niż gdyby
zjadł je łapczywie, a nade wszystko: pozwalał mu zająć czymś
myśli. Tak, bo głównie o to w tym chodzi, nie? Trzymać myśli na
wodzy, nie pozwalać im się rozpędzić. Nie pozwalać im obrać
niewłaściwego, wstecznego kierunku. A jak dobrze ten posiłek
podlać, to można było spać. Totalne znieczulenie. Przespać
wspomnienia. I w cholerę przekimać cały ten czas, w którym
mogłyby rodzić się pomysły na potem. A gdy człowiek się
obudzi, trzeba znowu kołować coś do żarcia, do popicia. Czasem
jakiś ciuch. Zająć się praktykaliami. I tak to się kręci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz