środa, 22 stycznia 2020

Z życia bezdomnego – 1


Zimy prawie nie ma, ale chłód i tak zbiera żniwo wśród ubogich i bezdomnych. Na wielu osiedlach znajdują się lodówki, w których można umieścić niechciane żarcie. Każdemu czasem zostanie trochę za dużo zupy, niekiedy zostaniemy obdarowani dżemem, którego nie lubimy.
Zamiast wyrzucać - wystarczy umieścić produkt w takim oto ustrojstwie - można pozbyć się kłopotu, a komuś zorganizować posiłek.

A przy okazji prezentuję fragment opowiadania:


Z życia bezdomnego – 1

Nie mógł przyzwyczaić się do tego gorzko-kwaśnego smaku. Nawykł do chłodu, nauczył się akceptować smród. Ale spleśniały chleb zawsze napawał go obrzydzeniem. Nie tylko ze względu na smak jako taki – po prostu jedzenie tego paskudztwa z niebiesko-białym nalotem, tego niby ucieleśnienia Boga Jezusa, tylko że nadpsutego, przypominało mu, jak nisko upadł. I ten wstrętny posmak długo nie dawał o tym upodleniu zapomnieć. A zapić, spłukać ten syf... nie zawsze było czym. Mimo to żuł, ssał każdy kęs, aż nie rozpuścił się na drobne kawałeczki i dopiero wtedy połykał. Z trzech kromek tego paskudztwa czynił w ten sposób przyzwoity posiłek, który trwał ładnych parę chwil, zaspokajał głód o wiele bardziej, niż gdyby zjadł je łapczywie, a nade wszystko: pozwalał mu zająć czymś myśli. Tak, bo głównie o to w tym chodzi, nie? Trzymać myśli na wodzy, nie pozwalać im się rozpędzić. Nie pozwalać im obrać niewłaściwego, wstecznego kierunku. A jak dobrze ten posiłek podlać, to można było spać. Totalne znieczulenie. Przespać wspomnienia. I w cholerę przekimać cały ten czas, w którym mogłyby rodzić się pomysły na potem. A gdy człowiek się obudzi, trzeba znowu kołować coś do żarcia, do popicia. Czasem jakiś ciuch. Zająć się praktykaliami. I tak to się kręci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O tych, co na amen zemrzeć nie mogą (rozdział 1)

– Szanowny panie, – zaczął z udawaną grzecznością, nauczony, że okazując szacunek rozmówcy, łatwiej się z nim rozprawi – a zatem raczy ...